Skąd pochodzą Słowianie – historia naszych korzeni

slowianki Słowianie opanowali rozległe przestrzenie wschodniej Europy, ekspansja narodu słowiańskiego jest pełna zagadek. Obecnie ludy słowiańskie zajmują większą przestrzeń na Ziemi niż miało to miejsce w innych dziejach.

 

Czy należy je uznać za opis stanu wiedzy na temat historii Słowian, czy może jest ono faktem, z którym trudno nam, Słowianom, się pogodzić? A może stworzyliśmy po prostu swoista anty-historię: nie wytwarzania, nie dziania się, nudy, bierności i stagnacji, która miała jednak doprowadzić do tego, że jesteśmy najliczniejszą w Europie grupa językową? Do dziś nie wiadomo właściwie, jakim sposobem.

 

Nie jesteśmy ludem takim jak Baskowie, którzy niemalże od czasów prehistorycznych mieszkają w jednym miejscu i są w stanie badać własną historię, sięgając w głąb tysiącleci. Nie stworzyliśmy imperium o spisanych dziejach, które wychowało wybitnych filozofów, charyzmatycznych władców i wizjonerów decydujących o losach świata, zostawiających po sobie świątynie i miasta, kodeksy, dzieła sztuki i szlaki handlowe.

 

Słowianie przez historie maszerowali w łapciach z łyka albo kory. Został po nich co najwyżej garnekslavic god pozbawiony ozdób, niezdarnie ulepiony w rękach, bo nie używali nawet koła garncarskiego. Do bitwy szli, zakasując portki, żeby nie przeszkadzały im w biegu i walce. Ale w tych lnianych gaciach dotarli na tereny dzisiejszej Syrii, na Peloponez, a najprawdopodobniej także do Islandii; stanęli pod Konstantynopolem, stolicą połowy ówczesnego świata. Sukces niepiśmiennych Słowian, lub może tylko ich języka, był przeciwieństwem sukcesu jasnej, logicznej łaciny, języka imperium, który zrodził poezje nie tylko subtelne i piękne, ale również mierzone stopami rytmicznymi, podczas gdy najstarszym pisanym zabytkiem słowiańskim jest słowo „strawa”. To jednak strawa częściej pojawia się dziś na europejskich stołach niż ambrozje i delikatesy.

 

Znany historyk Norman Davies porównał uprawianie historii do sztuki. Mówił, że historyk powinien być po trosze artystą, żeby móc w sposób twórczy poruszać się wsród, strzepów informacji i zapisków butwiejących w archiwach. Tymczasem dzieje Słowian nakreślili przed laty rzemieślnicy traktujący archeologie, źródła pisane i językoznawcze niezwykle instrumentalnie. Ludzie od lat okopani w dwóch wrogich obozach, toczący ze sobą bitwy, za nic mający rzesze, które przymuszone obowiązkiem szkolnym znosić muszą katusze nudy na lekcjach historii.

 

Pierwszy z wrogich obozów to tzw. autochtonisci, którzy twierdza, ze Słowianie z dziada, a nawet pradziada z prababą mieszkali miedzy Odra i Wisła i stąd wyruszyli na podbój Europy. Drudzy to allochtonisci – ich zdaniem Słowianie pochodzą, mówiąc ogólnie, zza naszej wschodniej granicy, z dorzecza Dniepru, skąd przyszli i zaludnili środkową Europę i Bałkany. Spory jednych z drugimi, skupione głównie na wytykaniu błędów stronie przeciwnej, do dyskusji na temat dawnych Słowian nie wnoszą nic ciekawego ani nowego, w ogóle nie mogą dojść do zgody (…) jako że każdy myśli co innego i żaden nie chce ustąpić drugiemu – jak pisał o plemionach słowiańskich na przełomie VI i VII w. nieznany historyk nazwany Pseudo Maurycym. Zostawmy więc ciosanie kolejnych prakolebek i spory o nazwy rzek, znad których wyłowiło naszych przodków światło historii, a zajmijmy się historią, o jakiej mówi Davies – sztuką opartą na faktach. Owych faktów nie jest zbyt wiele, a w ich wątłym świetle dzieje Słowian jawią się jako mgliste, niekonkretne, niczym słowiańska dusza. Kolejne teorie o pochodzeniu naszych dziadów uchodzą za niepodważalne prawdy tylko do czasu, gdy pojawiają się prawdy jeszcze prawdziwsze lub takie, których wyznawcy po prostu głośniej krzyczą.

 

Spisane tu rozważania na pewno nie przyniosą jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: Jak to się stało, że zarówno płowy Białorusin ze szklanką samogonu, jak i śniady Czarnogórzec wychylający flaszkę domowego winka przy odrobinie dobrej woli mogą wznieść tak samo brzmiący toast. Może zresztą same pytania będą ciekawsze niż szukanie na nie odpowiedzi? Tak czy inaczej, czas zacząć naszą opowieść, np. tak: było nie było, czy się zdarzyło…?Ojciec historii, Herodot, pisał wprawdzie o Neurach (często uważanych za Słowian), że raz do roku zamieniają się w wilki, ale co robili, kiedy nie byli wilkami? W dziełach historyków starożytnych Słowianie pojawili się dopiero w połowie VI w.

 

byzant_slavs

 

Co było wcześniej – skąd przyszli, dlaczego do tego czasu nie byli zauważani – nie wiadomo. A przecież nie mogli w ogóle nie istnieć! Dziś uważamy, że byli Sklawinami i Antami, którzy mówili jednym językiem, niesłychanie barbarzyńskim i te same mieli, krótko mówiąc, urządzenie i obyczaje jedni i drudzy ci północni barbarzyńcy, co uznajemy za niezbity dowód na to, że jedni i drudzy byli Słowianami właśnie, choć żaden z autorów tego explicite nie napisał. Już w XIX w. historycy doszli zresztą do wniosku, że nie bardzo mogą ufać swoim starożytnym poprzednikom, bo ci nie dość, że posługiwali się mapami podróżnymi, które niewiele miały wspólnego z rzeczywistą geografią, to jeszcze bezgranicznie ufali swoim informatorom, a (skąpą) wiedzę śmiało uzupełniali wyobraźnią. Jeden z głównych, żeby nie powiedzieć kultowych, autorów tekstów na temat Słowian, niejaki Jordanes, sądził, że Wisła płynie z zachodu na wschód, a jego „relacja słowiańska” jest kompilacją źródeł, jakie udało mu się przeczytać przy biurku, gdzie opracowywał historię Gotów, o Słowianach jedynie wspominając. Inny antyczny „znawca” – historyk, który z równą pasją oddawał się pisaniu panegiryków co i paszkwili na tego samego władcę – o Słowianach wiedział jedynie, że czczą boga twórcę błyskawic…

 

VI wiek_mapa Europy

 

Wszelkie informacje przekazywane przez autorów starożytnych o obszarach położonych poza rzymskim imperium wydają się mocno podejrzane. Trudno się dziwić, klasyczne dzieła obejmowały obszary znacznie rozleglejsze niż tereny ich własnych podróży, a często wykraczały też poza granice ich wiedzy. Tymczasem nazwy, ludy i plemiona często mylili i podbijający w XIX w. Afrykę Brytyjczycy, którzy informacje czerpali przecież z pierwszej ręki. Zresztą i dziś, w dobie obserwacji satelitarnej, wytrawni komentatorzy polityczni popełniają – bywa – brzemienne w skutkach merytoryczne błędy.

 

Odwołajmy się zatem do wykopalisk. Tu przedmiotem badań nie są dwuznaczne zapiski, ale konkretna materia – cegła, brosza i nagrobek. Archeolodzy zwykli uważać, że tam gdzie wykopano garnek „w typie praskim”, czyli ręcznie lepione, nie ozdobione naczynie, tam gdzie doszukano się śladów po kwadratowej półziemiance z paleniskiem w jednym z kątów – tam na pewno mieszkali Słowianie. Dla tych badaczy kolejne obszary zasięgu słowiańszczyzny wyznaczają owe garnki i półziemianki, ale przecież ludzie mówiący tym samym językiem mogli żyć w skrajnie różnych kulturach materialnych. Weźmy chociażby arabskich beduinów ze stadem kóz, kilkoma wielbłądami, plastikowymi bidonami, jednym kotłem i namiotem i porównajmy ich z sybarytycznymi mieszkańcami miast pełnych orientalnego przepychu, pachnących tysiącem i jedną przyprawą.

 

Styl ich życia jest skrajnie różny, a jednak zarówno marokański Beduin, jak i mieszkaniec Damaszku czy egipskiej oazy powie o sobie „jestem Arabem”, i do tego powie to po arabsku. Skąd zatem pewność, że pochylony nad prymitywnym paleniskiem mieszkaniec nędznej półziemianki był Słowianinem? Skąd wiemy, że sam się za takiego uważał? Materialnych śladów jest zbyt mało i zbyt są one mizerne, żeby można było wysnuwać z nich kategoryczne wnioski dotyczące etniczności.

 

Przecież garnek po prostu służył do noszenia wody, a jama zasobowa – do przechowywania ziarna, z którego po dniu pracy w polu człowiek przygotował sobie bryję, ulubiony ponoć przysmak Słowian. Po epoce starożytnej pozostało wiele ciekawych śladów kulturowych: biżuteria, zapinki, monety… Początek ery nowożytnej, kiedy do dziejów wkraczają Słowianie, jakby w ziemi zaginął. To, co zostało, to najczęściej po prostu inny kolor, albo nawet inny odcień koloru ziemi tam, gdzie kiedyś była jama zasobowa – tak wyglądają słowiańskie stanowiska archeologiczne – mówi jeden z badaczy, od lat fotografujący relikty słowiańszczyzny.

 

R1a_map procentyKolebki „słowiaństwa” poszukują nie tylko archeolodzy i lingwiści, ale także antropolodzy i genetycy. Zdaniem tych ostatnich charakterystycznym genem dla Słowian jest R1a1 (M17) – haplogrupa występująca w męskim chromosomie Y, czyli przenoszona niemal bez zmian z ojca na syna. Na kontynencie europejskim występuje on u 63 proc. Serbów łużyckich (z Niemiec), 56,4%– –60 proc. Polaków, 44–54 proc. Ukraińców i 50 proc. Rosjan. Najstarszą „genetyczną kolebką” Słowian byłoby w myśl tych badań południe Europy. Sęk w tym, że choć falsyfikacja danych genetycznych jest praktycznie niemożliwa, to ich fałszywa interpretacja – prawdopodobna. Wszystko dlatego, że słowiańskość to pojęcie przede wszystkim lingwistyczne, nie antropologiczne. Podobnie wysoki jak w Polsce odsetek nosicieli R1a1 spotyka się w Europie wśród… Węgrów (którzy pod względem językowym nie mają nic wspólnego nie tylko ze Słowianami, ale w ogóle z całą indoeuropejską grupą języków) i u 80 proc. Celtów (Rosser, 2000).

 

Skoro nie w genach, to gdzie powinniśmy szukać esencji słowiańskości? Florin Curta, amerykański mediewista, jest zdania, że należy poszukiwać nie garnków, a znaków emblemicznych, czyli wyróżniających Słowian spośród innych ludów, takich jak dziś tarcza szkolna na rękawie ucznia czy stojące włosy na głowie punka. Dla Curty takim znakiem jest fibula kabłąkowa, czyli zapinka do sukni noszona przez kobiety manifestujące swą przynależność do słowiańskich elit (które powstają właśnie w momencie, gdy formuje się etniczność). Czy włożenie stroju z fibulą wystarczało do zamanifestowania słowiańskości? – Być może – odpowiada Curta, którego inni archeolodzy krytykują zresztą za przypisywanie zwykłym zapinkom zbyt wielkiego znaczenia.

 

Jednak jego rozważania idą dalej i są ciekawym głosem w słowiańskiej sprawie. Florin Curta uważa bowiem, że Słowian „stworzyli” autorzy bizantyńscy, nazywający Sclavenes wszystkie ludy barbarzyńskie, które od północy atakowały Cesarstwo podczas grabieżczych wypraw. Nazwa ta powstała dla uproszczenia zbyt skomplikowanej rzeczywistości. Przecież my sami nazywamy wszystkich przedstawicieli rasy żółtej Chińczykami, a większość muzułmanów, niezależnie od tego, czy są Persami, czy Pakistańczykami, po prostu Arabami. Ale wróćmy do Cesarstwa, które na Bałkanach postawiło sieć warowni mających chronić północną granicę przed napadami barbarzyńców żądnych złota i broni, a także oliwy, wina i sosu rybnego zwanego garum.

 

RugiewitOdcięcie od prestiżowych produktów zmusiło słowiańskich przywódców – jeśli dalej chcieli nimi pozostać i wyróżniać się z masy zajadającej się bryją – do politycznej i militarnej mobilizacji. Zaczęła się formować nowa, silniejsza, lepiej zorganizowana grupa Słowian, zauważona właśnie przez autorów bizantyńskich. Tak głosi teoria Curty, jak wszystkie inne nie pozbawiona luk, które umożliwiają jej obalenie, ale – przyznajmy – o ileż ciekawsza niż na przykład słynna „wędrówka ludów”.

 

Godne zastanowienia jest, jak niby miały owe ludy wędrować. Trudno przypuszczać, by nagle matki brały na barana dzieci, ojcowie rodzin uwiązywali dzikie świnie na konopne sznury (jedna z teorii dotyczących pochodzenia nazwy Słowian mówi, że Suobenoi znaczy tyle, co chodzący ze świniami), praski, nic nie warty, garnek zostawiali na żer archeologom i szli na przełaj przez las, gdzie oczy poniosą. Kiedy decydowali: „No, dziś już dalej nie idziemy, tutaj zostajemy; bierzmy się do orania ziemi i lepienia nowych garnków”? Co zmuszałoby ich do dramatycznej decyzji o pozostawieniu całego dobytku i wyruszeniu na tułaczkę? Przecież nie byli nomadami, tylko rolnikami, których żadna siła nie oderwie od własnej ziemi, tak jak wikinga od statku, a Beduina od wielbłąda.

 

Niektórzy historycy wyznają teorię, że motorem wędrówki był nieprzyjazny klimat północy. Trudno sobie jednak wyobrazić chłopa, który orze, sieje, zbiera, a któregoś ranka wstaje ze swojego leża wyściełanego suchą trawą i mchem, wychodzi z ziemianki, rozgląda się i mówi: „O, znowu siąpi, straszna tu jednak wilgoć. Dość mam tych poleskich bagien, nogi ciągle mam przemoczone, cały ten klimat i ta szara beznadzieja działają na mnie depresyjnie. Jutro idę szukać słońca, ruszam na południe”. Zdaniem profesora Przemysława Urbańczyka, który ślady najprawdopodobniej słowiańskie odkrył aż na Islandii, w rozważaniach na temat Słowian należy porzucić wątpliwą teorię wędrówki ludów, a za owe ludy uznać raczej wędrujące elity – przywódców wraz z armią i tejże armii rodzinami. To właśnie ich losy mieli śledzić historycy, których zupełnie nie zajmowało nudne życie osiadłej, rolniczej większości, nie mającej ani ambicji, ani możliwości jakiejkolwiek ekspansji. Zdaniem Urbańczyka, w sukcesie słowiańszczyzny decydującą rolę mieli odegrać przywódcy awarscy, przybyli ze stepów Azji.

 

Koczownicy szybko podporządkowali sobie wielkie tereny zamieszkane przez rozmaite osiadłe rolnicze ludy, które jak głosi tradycja traktowali z należnym okrucieństwem. Jeśli Obrzyn (Awar) miał jechać, nie zaprzęgał do telegi ani konia, ani wołu, jeno kazał zaprządz 3, 4 albo 5 niewiast, aby wiozły Obrzyna. Awarowie, dzicy i bezwzględni jeźdźcy o zniekształconych czaszkach, twarzach pooranych skaryfikacjami, ze skalpami wrogów przytroczonymi do buńczuków, wyruszali wiosną na wojenne wyprawy i zabierali na nie swoich Słowian – pieszych, odzianych nawet nie w koszule, ale w portki tylko. Tak to Słowianie w łapciach doszli pod awarskim dowództwem do Salonik, oblegali Konstantynopol, brali udział w wyprawie bizantyńskiej przeciw Arabom (na których stronę ochoczo przeszli) i osiedli aż w Syrii. Na pewno nie zaludnili tym sposobem Europy, ale Awarowie zapewniając Słowianom i tym wszystkim, którzy dochodzili do wniosku, że opłaca się być Słowianinem, stabilizację, mogli być też swoistymi promotorami słowiańszczyzny.

 

Attila i Hunowie atakuja Europe_mapaHunowie co roku przychodzili zimować u Sklawów, brali do łoża żony ich i córki, a na wyprawy wojenne brali słowiańskie mięso armatnie. Mogli też posługiwać się językiem Słowian w kontaktach zagranicznych (jak dziś angielskim), a słowiańskie egalitarne społeczeństwo szybko akceptowało obcych i niejako wcielało ich w swoje szeregi, co – jak twierdzą antropolodzy kultury – jest najważniejszym warunkiem sukcesu demograficznego. Inaczej, z punktu widzenia czystej biologii, taki „słowiański skok demograficzny” (z ok. 300 tys. w VI w. do niemal 8 mln w XI w. n.e.) był mało prawdopodobny, choć nie niemożliwy.

 

O otwartości Słowian nawet wobec jeńców wojennych tak pisał w VI w. Pseudo Maurycy: ZnajdującychFestiwal_Slowian_Wikingow_5856854 się u nich w niewoli nie trzymają w niewolnictwie jak inne plemiona przez czas nieograniczony, lecz ograniczają czas terminem, dają im wybór, albo za umowny wykup wrócą do swoich lub pozostaną jako wolni i przyjaciele […] Słowianie zaludniali więc, lub raczej zarażali swoją słowiańskością nowo zdobyte tereny. Być może język słowiański przeszedł podobną drogę co suahili, który początkowo służył jedynie w kontaktach handlowych Arabów z mieszkańcami Afryki, a teraz porozumiewają się nim całe narody. Dziś którymś z języków słowiańskich mówią ludzie od stepów Ukrainy i śniegów Kamczatki po góry Macedonii i lasy wschodnich Niemiec. A po Awarach, choć wzrostem wielcy i hardzi umem i Bóg zniszczył ich i ani jeden Obrzyn nie został, zostało tylko polskie słowo „olbrzym” i odnajdywane do dziś na polach kamienne płaskorzeźby – tzw. baby, uznawane najczęściej za zabytki Słowian, choć w rzeczywistości nie dość, że nie są słowiańskie, tylko azjatyckie, to jeszcze nie są babami, a wąsatymi dziadami uzbrojonymi w miecze.

 

Może zatem wędrówka ludów była w rzeczywistości tylko wędrówką sposobu życia? Może to wcale nie ludzie ruszyli w nieznane, ale rozpowszechniały się mody i trendy? Słowianie żyli nadzwyczaj skromnie, ich kobiety nie nosiły drogiej biżuterii, a mężczyźni nie zdobili nawet rękojeści mieczy. W ziemiankach nie przechowywali skarbów ani pieniędzy, nie znali koła garncarskiego. Garnek ulepiony w rękach służył przecież równie dobrze, a że był brzydki? Tym się nie martwili. Życie wiodą twarde i na najniższej stopie, jak Messageci (Hunowie) i brudem są okryci stale, jak i oni – pisał Prokop z Cezarei. Wytworzyli styl życia tak skrajnie nieatrakcyjny, że niezauważalny dla historyków, nieuchwytny dla wrogów.

 

Nie pisało się o nich, bo nie było tematu do pisania, nie napadano na nich, bo nie mieli niczego do grabienia. Gdy inne ludy koronowały władców, składały daniny, rozwijały kontakty handlowe i ośrodki wyspecjalizowanego przemysłu, takie jak np. huty w Górach Świętokrzyskich, Słowianie siali tylko tyle prosa, ile potrzeba było by przetrwać zimę, a ich świnie chodziły dziko po lasach. Nie mieli państwa, a małe, samowystarczalne wspólnoty oparte na więzach krwi czyniły ich wolnymi i równymi. Jednocześnie to minimum egzystencji idealnie pasowało do ciężkich czasów, w jakich żyli. Wczesna kultura słowiańska jest bardzo egalitarna, wszystkich zrównuje do tego samego, niskiego poziomu.

 

Odkopując pozostałości z ery „przedsłowiańskiej”, czyli germańskie, odkrywa się zarówno domy i groby elit, jak i pospólstwa. U Słowian wygląda to tak, jakby żyła tam tylko biedota. Kobiety okolicznych plemion noszą srebro i złoto, ubierają się w kosztowne tkaniny, tymczasem u Słowian – jak w zakonie. Dziwna jest ta słowiańska pamięć o wywyższonym ubóstwie. Protoplasta naszych władców – Piast – nie był nawet, jak zwykliśmy uważać, kołodziejem, tylko oraczem książęcym. Czesi też mają dynastię pochodzącą od chłopa, który był intronizowany w chłopskim stroju, w łapciach z łyka. To samo jest wśród Słowian karyntyjskich (z obszaru dzisiejszej Austrii). Trzeba przyznać, że na tle bogatych obyczajów koronacyjnych reszty Europy nasze są dość ekstrawaganckie.

 

Można by pokusić się o stwierdzenie, że nasi przodkowie wprowadzili pewnego rodzaju modę na biedę. Po co narażać życie, nosząc cenną broszę albo pijąc wino z wytwornego pucharu? Czy nie lepiej przewiązać się sznurem konopnym, napić miodu w lesie i żyć? Podatki? Są tacy, którzy wybierają nawet więzienie, żeby ich uniknąć. Brak państwa to zero wydatków na haracz! A co dopiero wolność, i do tego równość! Dlatego proste i oszczędne życie dawnych Słowian tylko pozornie było życiem nędznym. Dawało poczucie bezpieczeństwa i stabilności cenniejsze niż luksusy. Ziemianka nie była może szczytem marzeń o domu, ale była ciepła. Tak jak i bania, gdzie można się było tanim kosztem rozgrzać.

 

Nie mają oni [Słowianie] łaźni, lecz posługują się domkami z drzewa. Zatykają szpary w nich czymś, co bywa na ich drzewach, podobnym do wodorostów, a co oni nazywają: mech… Budują piec z kamienia w jednym rogu i wycinają w górze na wprost niego okienko dla ujścia dymu. A gdy się piec rozgrzeje, zatykają owe okienko i zamykają drzwi domku. Wewnątrz znajdują się zbiorniki na wodę. Wodę tę leją na rozpalony piec i podnoszą się kłęby pary. Każdy z nich ma wiecheć z trawy, którym porusza powietrze i przyciąga je ku sobie. Wówczas otwierają im się pory i wychodzą zbędne substancje z ich ciał… Żaden strup ani świerzb na nich nie zostaje. Domek ten nazywają oni: al-istba […] – pisał arabski historyk. Prostota dawała gwarancje przetrwania. Ludy takie jak Sarmaci, Waregowie, Trakowie, Wenedowie – hołdujące bogactwu i luksusom – zniknęły z historii… A może po prostu szły przez nią dalej już jako Słowianie?

 

[…] należałoby się zastanowić, czy Słowianie nie mieli specyficznego podejścia do przedmiotów. Może dlatego na ich ziemiach nie odnajdujemy żadnych zabytków? Może odrzucali wszystko, co obce, a używali tylko tego, co sami wyprodukowali – jak Gandhi, który nawoływał do kultywowania własnych tradycji i ganił przyjmowanie obcych wzorów. Może po prostu nie chcieli używać ani obcych garnków, ani złota, ani obcych tkanin […]? A może brak znalezisk trzeba tłumaczyć załamaniem się rzymskiego systemu nagradzania za posłuszeństwo? […] Słowianie zostali odcięci od dóbr rzymskich, od kosztownych prezentów, a wodzowie postawili na nowy, prostszy styl życia. Być może Słowianie byli społeczeństwem, w którym status uzyskuje ten, kto jest w stanie najwięcej oddać. Antropologom kulturowym znana jest przecież ceremonia potlaczu, czyli rozdawnictwa.

 

Ten staje się w społeczności najważniejszy, kto jest w stanie najwięcej oddać albo publicznie zniszczyć. Być może przysłowiowa słowiańska gościnność i hojność jest prawnuczką potlaczu właśnie? – zastanawia się Paul Barford, angielski archeolog, który od lat mieszka i pracuje w Polsce, autor obszernego dzieła The Early Slavs.– A mi to wygląda tak, jakby słowiańskie ziemie zajął nagle jakiś zakon, który ślubował ubóstwo – mówi profesor Jerzy Gąssowski. Być może, zgodnie z tokiem jego rozumowania, słowiańszczyzna była (przynajmniej początkowo) jakimś systemem religijnym? Zwróćmy uwagę, że mniej więcej w tym samym czasie powstał islam. Muzułmanie w niespełna sto lat zunifikowali ogromne obszary świata, bo wraz z ekspansją militarną szerzyli nową, atrakcyjną religię, która – i to być może jest najważniejsze – mówiła ludziom, jak żyć. Trzeba zauważyć, że tam, gdzie islam wówczas dotarł, tam wyznaje się go do dziś. Może podobnie jest z zasięgiem słowiańszczyzny? W tamtych czasach religia była przecież jakby pakietem, który obejmował zarówno sprawy duchowe, jak i życie codzienne.

 

Uczyła, jak się modlić i kiedy pościć, ale też co jeść, jak rozdzielać majątek, jak uprawiać seks… Była często jedynym regulatorem życia, nośnikiem kultury i obyczaju. Do dziś w krajach muzułmańskich oprócz tego, że stawia się meczety, ludzie ubierają się w konkretny sposób i przestrzegają określonych norm społecznych. Być może podobnie było ze Słowianami, może system ich wierzeń był najbardziej odpowiedni do czasów, w których powstał. Religia Słowian do dziś zresztą pozostawia badaczom szerokie pole do twórczej interpretacji. Spisana została głównie przez zwalczających pogańskie kulty misjonarzy, którzy opisali niezrozumiałe dla nich przesądy i zanotowali – często zresztą niepoprawnie – niektóre imiona bogów (na Połabiu niemieccy misjonarze ochrzcili Swętowita, czyli świetlistego, świętego męża – Światowidem).

 

Niektórzy chcieliby widzieć naszych przodków jako niewinne, wolne od grzechu pogaństwa, czekające potulnie na chrystianizację plemię. Nic z tych rzeczy. Słowianie składali krwawe, ludzkie ofiary i z upodobaniem oddawali się orgiom, rytualnemu obżarstwu, pijaństwu i narkotykom. Ostatnia ludzka ofiara złożona została wcale nie tak dawno, bo w XIX w., w celu odegnania zarazy ze wsi.

 

My sami, bywa, nie zdajemy sobie sprawy z tego, że uczestniczymy w pogańskich kultach. Ze świąt kościelnych powszechnie przyjęły się tylko te, które niejako „nadbudowano” na pogańskich tradycjach. Świętowanie wiosennego i jesiennego przesilenia, kult zmarłych, wiosenna radość zmartwychwstania Natury, zimowa najdłuższa noc – święta i straszna zarazem, podczas której gadają zwierzęta – to wszystko nie było obce naszym pogańskim przodkom. Byli oni świadkami i uczestnikami „narodzin nowej tradycji” – trochę pogańskiej, trochę chrześcijańskiej. Świętość Natury na ich oczach, a może i w ich umysłach zamieniała się w chrześcijańską kulturę.

 

Tak poczęstunek przynoszony zmarłym zaczęto z czasem oddawać cmentarnym żebrakom, bo modlitwa żebraka miała moc największą, a dziś dajemy „na wypominki” księżom. Kto z nas nie cierpi co roku na niestrawność po wigilijnej wieczerzy? Obżarstwo jest przecież jednym z grzechów głównych, ale i echem pogańskiej uczty obrzędowej. Nie ucztuje tylko ten, komu stawia się pusty talerz. Wędrowiec? Jaki tam wędrowiec, dodatkowe nakrycie na wigilijnym stole czeka na tych, którzy kiedyś siedzieli tu z nami – na zmarłych. A przedziwna wigilijna tradycja jedzenia grzybów w środku zimy? Być może to dalekie echo halucynogennych biesiad podczas głównych świąt religijnych i świąt przejścia.

 

Może baśnie o krasnoludkach i olbrzymach to wpływ grzybów właśnie, powodujących makroi mikropsję. Może nawet odwaga i wściekłość z jaką rzucali się do boju Słowianie i ich awarscy przywódcy, wywołana była grzybami, tym razem muchomorami? Halucynogennymi dodatkami, takimi jak zawierające skopolaminę, hioscyaminę i atropinę wyciągi z lulka czy bielunia, powszechnie wzbogacano przecież piwo, a samo słowo biesiada najpewniej wzięło się od zażywania biesu – narkotyku dającego profetyczne wizje i ekstazę. Czasem aż trudno uwierzyć, co naprawdę kryje się za z pozoru niewinnymi podaniami. Każde dziecko wie, że bociany przynoszą dzieci. Ale dlaczego właściwie bociany? Otóż – jak się okazuje – ma to związek z kwiatem paproci, a właściwie z jego w noc świętojańską (zwaną drzewiej Kupalnocką) szukaniem, które to słowo po czesku oznacza, mówiąc oględnie, uprawianie seksu.

 

Kwiatu jak wiadomo należy szukać nocą, w lesie. Bezwstydne, lubieżne przyśpiewki i ruchy, klaskanie w dłonie i podnietliwe zginanie się oraz inne miłosne pienia – tak obrzędy słowiańskiej Kupalnocki opisywał Długosz, wprawdzie 500 lat po wprowadzeniu chrześcijaństwa, ale ciągle dziwnie żywo i nad wyraz plastycznie. Zamiana przez Kościół Kupalnocki w noc świętojańską na nic się zdała. Ten jeden jedyny raz w roku można było robić właściwie wszystko, łącznie z kazirodztwem. Seksualne zachowania miały zachęcić Matkę Ziemię do wydawania plonów, a plony Kupalnocki pojawiały się właśnie wtedy, gdy następnego roku przylatywały pierwsze bociany.

 

Wiosna to czas budzenia się do życia, rozbuchanej witalności, a Wielkanoc – wyznaczana według księżycowej pełni – jest też czczeniem samej wiosny. Jak inaczej rozumieć święcenie symboli płodności, życia i pokarmów? Czy nie jest to nawiązanie do pogaństwa? Czy woda święcona nie ma przypadkiem nic wspólnego z demonami wody? A świece na Matki Bożej Gromnicznej, czy nie mają nic wspólnego z bogiem ognia Perunem?

 

Jest i ciemniejsza strona tego miejsca, w którym prymitywne, złe, słowiańskie pogaństwo zetknęło się z kulturalnym, wyższym, łacińskim chrześcijaństwem. Wybijanie zębów za łamanie postu, zmuszanie mieczem do wieczerzy pańskiej, ciąganie na powrozie w błocie, bicie witkami świętych bałwanów, topienie posągów starych bogów, rąbanie ich siekierami na opał i wycinanie świętych gajów, do których odchodziły, by stamtąd powrócić do życia dusze – dla naszych przodków to był koniec świata.

 

Poganie nie rozróżniają sfery sacrum od profanum, wycięcie świętego gaju było dla nich rzeczywistym końcem, zagładą plemienia. Przecież nie mogli żyć bez duszy. Warto jednak zastanowić się, jak ta wielowiekowa pogarda dla słowiańskiej ciemnoty i niższości wpływa na nas tu i teraz. Maria Janion pisze, że pogłos pogańskiej rozpaczy szedł przez wieki i – jako trauma historyczna – nie mógł przeminąć bez śladów w kulturze ludów słowiańskich. Twórca robiącej wielką karierę psychologii ustawień rodzinnych, Bert Hellinger, twierdzi, że na każdego wywiera wpływ rodzina, również ta z przeszłości, i to ona tworzy psychiczne oparcie dla następnych pokoleń.

 

230px-Bishop_Absalon_topples_the_god_Svantevit_at_ArkonaTo przodkowie są odpowiedzialni za nasze dzisiejsze samopoczucie. Być może to „zły chrzest”, upodrzędnienie mieszkańców dorzecza Wisły czy Bugu, pogarda Kościoła łacińskiego dla ich języka (w przeciwieństwie do Kościoła Wschodniego, który język starocerkiewnosłowiański wprowadził do liturgii, a wiele bóstw słowiańskich „przerobił” na świętych portretowanych na ikonach), wstręt dla ich zwyczajów i mitologii zrodziły nasze dzisiejsze, Polskie poczucie niższości, kompleksy wobec kulturalnego, cywilizowanego Zachodu.Nazwaliśmy siebie Słowianami, ludźmi posługującymi się słowami, czyli takimi, z którymi można porozmawiać, w odróżnieniu np. od Niemców, których zrozumieć nie sposób.

 

Czasem wolimy się widzieć jako Sławian – synów sławy, ale nazwa może równie dobrze pochodzić od łacińskiego słowa sclavus – niewolnik. Te dwie skrajności znakomicie opisują nasze samopoczucie w Europie. Dziś nie chcemy pamiętać, że Słowianie byli jednymi z bardziej poszukiwanych i cenionych (szczególnie na muzułmańskich dworach) niewolników, a arabskie słowo saqaliba – oznaczało zarówno Słowian, jak i rzezańców, bo tacy właśnie trafiali na dwory arabskich emirów z czeskiej Pragi – ośrodka handlu niewolnikami. Wielu robiło wojskowe lub pałacowe kariery… Ale to tylko urywek naszej historii. Przez wieki byliśmy po prostu rolnikami.

 

„Z kurami, w gaciach prasłowiańskich, naucz się lubić swój wstyd” – radzi Miłosz. Może zatem po prostu polubić prasłowiańskie gacie? Naszą inność, na którą stawia dziś wielokulturowa Europa? Przecież nasze gacie z własnego wyboru nałożyli przed wiekami Goci, Wandalowie, Sylingowie, Celtowie, Łużyczanie, Gepidzi i wielu Innych, którymi po trosze dziś wszyscy jesteśmy. Tak samo jak niewolnikami i sławnymi wojami z naszą ulotną, niepisaną, „złożoną w duchu” nie-historią ludu, który nie umiał wprawdzie budować imponujących świątyń ani ładnie się pomodlić, ale jego całe życie było modlitwą, a jego ziemia – świątynią.

 

Źródło: http://www.national-geographic.pl/aktualnosci/pokaz/skad-sie-wzieli-slowianie

Autorka: mnie nie znana z nazwiska

Inne artykuły w tematyce słowiańskiej w polskim wydaniu on-line NG

http://www.national-geographic.pl/szukaj/wszedzie/1/dopasuj-slowa/0/Słowianie

22 uwagi do wpisu “Skąd pochodzą Słowianie – historia naszych korzeni

  1. „Nie ograniczaj się do jednej formy, przystosuj ją i buduj na niej coś własnego, pozwól temu wzrastać i bądź jak woda. Opróżnij umysł, bądź bezforemny, bezkształtny – jak woda. Wlewasz teraz wodę do filiżanki, staje się filiżanką; wlewasz do butelki, jest butelką; wlejesz ją do czajniczka, staje się czajniczkiem. Woda może płynąć swobodnie lub niszczyć. Bądź jak woda, mój przyjacielu” – Bruce Lee.Jednym słowem Słowianie opanowali sztukę przetrwania do perfekcji i nauczyli się z każdej kultury czerpać to, co im w danym czasie najbardziej służyło (dlatego byli w stanie pogodzić choćby Chrześcijaństwo ze Słowianowierstwem tak, co by te się tylko wzajemnie uzupełniały, stanowiąc razem coś więcej, niż tylko sumę poszczególnych części).

    Polubienie

    • Raczej ta sztuka przetrwania się nie powiodła biorąc pod uwagę żelazne fakty biologiczne. Do dzisiaj w kraju nad Wisłą przetrwało raptem 54%-56% potomków dawnych Słowian (haplogrupa R1a). W Rosji też jest tylko ok. połowy. Porównując to do Zachodu gdzie R1b w ich krajowych populacjach jest nie mniejsza niż 80%, a u Basków dla przykładu 100%. Ich populacje biologicznie przetrwały w doskonałym stanie, my zaś wymieramy, jak zagrożony wymarciem gatunek. UNESCO powinno dać nam klauzulę ochronną jak na Żubry.

      Polubienie

      • I tak przecież na swoich dawnych terenach stanowimy większość, a że od tamtego czasu skolonizowaliśmy resztę globu, to tylko świadczy o Naszej doskonałej adaptacji do nowych warunków kulturowo-społecznych. Zresztą gdybyśmy poddali się stagnacji, to znacznie gorzej byśmy na tym wyszli, skoro zasiedziałą w jednym tylko miejscu nację znacznie łatwiej jest eksterminować demograficznie, a niżeli taką, której pełno na całym świecie we wszelkiego typu polonijno-słowiańskich kręgach emigracyjnych.

        Polubienie

  2. Czy w Polsce jest jakaś organizacja zajmująca się Słowiańszczyzną? jej ludami, życiem, zwyczajami i wierzeniami? Niby coś wiem, znam wiele obrzędów, ale tak na prawdę wiem niewiele. Tyle, co z historii, kronik, ale przecież wiedza nt. Słowian poszła do przodu i czas zweryfikował wiele mitów na Nasz temat. Pozdrawiam serdecznie. :))). p.s. Ostatnio dowiedziałam się o wstrętnym zwyczaju, związanym z pochówkiem wodza słowiańskiego, lub kacyka rodowego. Brrrrr…

    Polubienie

    • No właśnie, to jest smutne, że rząd w Polsce zupełnie nie wspiera, nie finansuje stowarzyszeń, grup, które taką restaurację kultury i wiedzy słowiańksiej chce przeprowadzać. Słyszałem o stowarzyszeniach: Zadrudze, Trygławie, Niklocie, ale z braku funduszy nie wiem, czy jeszcze przetrwały. Generalnie Szczecin i Wrocław były najsilniejsze w tych sprawach słowiańskich.

      Polubienie

  3. Teoria autochtoniczna jest oczywiście wierutną bzdurą. Niektórzy podają,że Słowianie przybyli tu nad Wisłę niszcząc państwa Sarmatów : Białych Serbów – Wielkopolska, Białą Chorwację – Małopolska , Masagetów (Lechów) – Mazowsze . Wcześniej przed „Sarmatami” mieliśmy tu Państwo Lugiów – Wandalów – nazwa Wisły – Wandal , nazwa źródeł Wisły, Ge – Wand czyli Giewont, Śląsk – Silingowie Wandale.Wcześnie mieszkali tu Celtowie.

    Polubienie

    • Nasze ziemie obecnej Polski człowiek zamieszkiwał już od końca zlodowacenia. Powiem więcej, okresowo zamieszkiwał je również Neandertalczyk (Jaskinie Niedźwiedzia). Tyle, że to nie byli Słowianie. Haplogrupa jest słowiańska, a raczej indoeuropejska, czy euroazjatycka, nie polska. Przez nasze ziemie przesuwały się różne grupy ludności. Koło Odr, na Kaszubach masz miejsce gdzie przez 200 lat przebywali Goci. Świątynie na górze Ślęzy jest rodowodu Celtyckiego. Dopiero później przejęli ją Słowianie. Jest teoria autochtoniczna pochodzenia Słowian na naszych ziemiach, ale jest ona słabo dowiedziona i w zasadzie bez sensu. Wszyscy jesteśmy mieszańcami. W V w Słowianie zasiedlali tereny po Ren, tam była granica. Germańskie były Bawaria, obecna Szwajcaria. Jedna z dzielnic Berlina leży na terenach Słowiańskiego grodu Szprewian Kopanicy. Tak więc wschodni Niemcy to Słowianie. Podbici i zgermanizowani. Jeśli popatrzysz na procentowy udział słowiańskiej haplogrupy najwięcej Słowian żyje na Łużycach, dzisiejsze Niemcy, później Wielkopolska, a następnie na Węgrzech. Europa przez wieki mieszała się, ludzie się przemieszczali, Plemiona koczownicze najeżdżały, podporządkowywały sobie ludność tubylczą. Niekiedy było że różne grupy ludności żyły koło siebie w pokoju. Weźmy pierwszą dynastię Rosji Rurykowiczów. Byli z pochodzenia Wikingami. To oni przegonili Polan, kiedyś władców Kijowa, kiedy Chazarzy jeszcze im tego włądztwa nie odebrali. Stąd może Polanie pojawiają się w Wielkopolsce. To, że na naszych ziemiach występowały różne kultury to nie jest dowód na to, że byli to Słowianie. Koło Gorlic jest gród założony przez ludność pochodzenia śródziemnomorskiego, później przejmowały inne ludy, wreszcie przejęli Słowianie. Upadła w czasach najazdów czeskich w okresie Reakcji Pogańskiej. Ludzie się przemieszczali, najeżdżali. A tak naprawdę to wszyscy jesteśmy mieszańcami czy jak to określić, kundlami.

      Polubione przez 1 osoba

      • Dokładnie Faral, potwierdzam. Taki dla przykładu chory na umyśle koleś, wydawca swoich pożal się boże książek w Polsce, p. Janusz Bieszke opowiada, co mu ślina na język przyniesie, na temat wymyślonej przez siebie historii jakiejś sarmacji , czy lechicji. Gdyby trochę wcześniej pomyślał, to zapoznałby się np. z budową geologiczną naszego kraju. Dowiedziałby się jakie było prakoryto Wisły, że ujście Wisły znajdowało się koło obecnego Hamburga, a jezioro Gopło, aż do 1320 roku było wyższe o 5 metrów, dlatego owa krzywa wieża została zbudowana dopiero za Kazimierza, a nie 500 lat wcześniej za „Popiela”. Czyli tereny obecnej Polski były bagniste. Wiedziałby także, że pojęcie „mysze idą” oznacza najazd Wikingów. Takich najazdów na Polskę przez Odrę, Noteć, Gopło i Wisłę było w owym okresie co najmniej 5. W tym samym czasie co najmniej 4 na Niemcy, w tym nawet na Norymbergę, gdzie zarżnięto biskupa. Na marginesie, Wikingowie byli chrześcijanami, na samej wyspie Gotland było 96 kościołów już X wieku.
        Dowiedziałby się p. Bieszke, na podstawie zwykłych wykopalisk, że żaden z tych jego wymyślonych władców nie mógł być królem, ponieważ to pojęcie powstało dopiero w X wieku, ale naszej ery, a nie 1000 lat przed naszą erą.Wiedziałby również, że bez dróg, poczty, czy szkół nie można zbudować państwa. Wszyscy Piastowie korzystać musieli z pomocy sekretarzy, czyli mnichów frankońskich, włoskich, czy hiszpańskich. Co oni pisali i do kogo, to żaden komes czy kasztelan nie wiedział, ponieważ pisać i czytać nie umiał.

        Polubienie

    • Pierwsi żydzi mogli dotrzeć do naszych ziem w charakterze niewolników Rzymian. Pierwsze zorganizowane wyprawy z obszarów Europy południowej po elektron odbywały się w V w. p.n.e. Nie docierały on…e jednak do wybrzeży Bałtyku, a bursztyn kupowano od celtyckich pośredników.Dopiero po podboju terenów nad środkowym Dunajem w I wieku n.e. Rzymianie rozwinęli handel bursztynem na dużą skalę, organizując kilkoma drogami wyprawy z Panonii nad Bałtyk, szczególnie do Sambii. Szczytowy rozwój tego handlu przypada na III w. a od połowy IV w. wymiana stopniowo zamierała. Kalisz był głównym miastem na szlaku bursztynowym,obfitującym po dzisiejsze czasy w duże społeczności żydowskie !

      Polubienie

    • Teoria autochtoniczna nie jest bzdurna.
      Jeśli by się opierać tylko na wykopaliskach, to w Polsce w roku 966 zmieniła się całkowicie kultura … czyli wykopaliska mówią, że nastąpiła jakaś wędrówka ludów.
      Jak wiadomo jest to całkowita nieprawda.
      Badania genetyczne mówią, że w ludność zamieszkująca tereny Polski (gen R1a1a) nie zmieniła się od bardzo dawna.
      To, że ulegała różnym wpływom kulturalnym to inna sprawa.
      Czy Polaków po 966 roku można jeszcze nazywać Słowianami?
      Dobre pytanie … skoro zmienili całkiem wierzenia i tradycje.
      Teorie o wielkich migracjach ludności powinny zostać na nowo przeanalizowane … bo prawdopodobnie ludzie wędrowali o wiele mniej niż się do tej pory wszystkim zdawało.
      Z tego ze w Polsce znajdowano celtyckie garnki oraz jakieś germańskie ozdoby nie wynika, ze ludność była zdominowana przez Celtów. Oznacz tylko tyle, ze mieli celtyckie garnki.
      Ja tez mam cygańskie patelnie, a nie jestem cyganem.
      Badania genetyczne dowodzą, ze protoplaści Germanów i Celtów (R1b i J2) przybyli dużo później do Europy niż protoplaści Słowian. Jak to się ma do języka i kultury to zupełnie inna sprawa.

      Polubienie

      • Panie Jędrzeju, miło mi, że interesuje się pan tym tematem. Jakkolwiek jako socjolog, czyli po części specjalista od kultury muszę skorygować pana światopogląd. To właśnie kultura różnicuje ludzi, to ona pozwala oddzielić naszych od obcych. To różnice kulturowe tworzą konflikty między ludźmi. Człowiek, jako zwierze kulturowe nie akceptuje obcych zachowań u innych ludzi. To znany socjologom fakt społeczny. Język mówiony jest głównym wskaźnikiem odrębności kulturowej, nie garnki. Językoznawcy byli w stanie naukowo przeprowadzić geograficzną wędrówkę człowieka, w tym i Słowian. Byli oni w stanie określić, „po sznurku do kłębka”, geograficzne miejsce powstania mówionego języka słowiańskiego. Tym miejscem jest obszar środkowego biegu rzek Prypeci, Dniepru i Dniestru w Europie Wschodniej. Ten język jest odnogą, inną wersją języka Euroazjatów o haplogrupie R1, której Słowianie są częścią. A raczej, by trzymać się ściśle faktów, „Słowianie” z ich prastarym językiem to jest nowożytna nazwa odłamu paleolitycznych Euroazjatów z haplogrupy R1 będących kulturowym i biologicznym zaczynem wszystkich Indoeuropejczyków. Język ludzki rozwija się wraz z rozwojem kultury i społecznej aktywności danej grupy ludzi. Polacy,to jest już nazwa politycznego centralizmu tworzącego naród, a nie nazwa etniczna. Etnicznie ja nie jestem Polakiem (dla przykładu), tylko słowiańskim Lechitą. Mimo, że Lechici mają tę samą haplogrupę co starożytni wojujący Scyci, czyli płynie w nas ta sama krew, jednych i tych samych przodków, to jednak współcześni Osetyńcy są ich (Scytów) kulturowymi i biologicznymi spadkobiercami, a nie my Polacy. Język Scytów był wtórnym, rozwiniętym językiem matecznika Indoeuropejczyków, czyli znanych nam dziś z nazwy Słowian.

        Polubienie

        • Nie widze zwiazku miedzy Twoim wywodem socjologiczno-kulturowym a teoria wspomnina przez Jedrka. Sam potwierdzasz, jako socjolog, ze to kultura roznicuje ludzi, dlatego zdarzalo sie, ze ‚Slowianie posiadali garnki Celtow’ tak jak dzis potomkowie Celtow posiadaja np. kola w rowerach.

          Polubienie

          • Zatem napiszę inaczej, wprost, by było zrozumiałe dla wszystkich. Autochton, znaczy tubylec, rdzenny mieszkaniec, ten kto był pierwszy. Rdzennymi mieszkańcami Europy, w tym obecnej Polski byli Neandertalczycy. Do dziś wielu z nas posiada ich część genomu w swoim DNA (nawet do 5%) w wyniku krzyżowania się. Potem 25 tys. lat temu, południowym brzegiem M.Czarnego wzdłuż rzeki Dunaj ludzie z haplogrupy I2 byli pierwszymi homo sapiens sapiens którzy osiedlili się w Europie Centralnej. Na terenie Polski był lodowiec wtedy, zatem nikt tu nie mieszkał, ale zaraz na południe od lodowca mieszkali ludzie I2. Zatem za cofającym się lodowcem przybyli na późniejsze polskie ziemie ludzie I2 jako pierwsi. Ale oni też po pewnym czasie powędrowali (przynajmniej część z nich) dalej na Zachód. Tych ludzi nazywamy „Izzards”, stanowią dziś większość Saksonów w Niemczech. Zatem Saksoni byli przed Słowianami w Europie Centralnej 10 tys. lat wcześniej. Dopiero za następne 10 tys. lat, gdy lodowiec się zaczął już dobrze cofać, hordy Euroazjatów (w tym ludzi poźniej nazwanymi Słowianami) przybyli z Azji Północnej do Europy. Ludzie (część z tych Euroazjatów) z haplogrupą R1a zakończyli swą wędrówkę z Afryki (wg obecnie obowiązującej teorii „Out of Africa”) na terenach obecnej Białorusi/Ukrainy. Dlatego ten obszar nazywam biologicznym matecznikiem późniejszych Ariów i Celtów, ale te grupy swoje odrębne kultury budowali zupełnie w innych okolicznościach geograficzno-przyrodniczych. Ci co zostali w mateczniku stali się Słowianami, ci co odeszli i powędrowali na Zachód Europy stali się Celtami, a ci co powędrowali wstecz na Wschód i Południe Azji stali się Ariami. Chronologiczne wydarzenia należy prześledzić, by zrozumieć kto i kiedy powędrował na emigrację, i jaką kulturę utworzył. Pomoże ten artykuł https://socjologiakrytyczna.wordpress.com/2012/03/19/cz-ii-bylo-sobie-zycie-czyli-nasi-przodkowie-i-moja-meska-haplogrupa-r1a1-m17-podgrupa-r1a1a-m198-skad-ten-rod/

            Polubienie

  4. Pierwsi żydzi mogli dotrzeć do naszych ziem w charakterze niewolników Rzymian. Pierwsze zorganizowane wyprawy z obszarów Europy południowej po elektron odbywały się w V w. p.n.e. Nie docierały on…e jednak do wybrzeży Bałtyku, a bursztyn kupowano od celtyckich pośredników.Dopiero po podboju terenów nad środkowym Dunajem w I wieku n.e. Rzymianie rozwinęli handel bursztynem na dużą skalę, organizując kilkoma drogami wyprawy z Panonii nad Bałtyk, szczególnie do Sambii. Szczytowy rozwój tego handlu przypada na III w. a od połowy IV w. wymiana stopniowo zamierała. Kalisz był głównym miastem na szlaku bursztynowym,obfitującym po dzisiejsze czasy w duże społeczności żydowskie !

    Polubienie

    • Ale są autorzy traktujący temat jeszcze inaczej:“Pierwszym Żydem, który odwiedził Polskę i ja opisał, był handlarz niewolnikami Ibrahim Ben Yaguba z Toledo w Hiszpanii. Wspomina ją jako idealny teren do pozyskania”tego towaru”. Wówczas Żydzi w tym się specjalizowali, a Berlin był centrum handli niewolnikami, których przez Pragę słano do Wenecji. Tam ich kastrowano i dostarczano na rynek w KordobieWiadomo teraz, że Żydzi byli głównymi handlarzami niewolników na Karaibach w Brazylii i USA.Nie wiadomo, ilu Żydzi na terenie Polski “pozyskali” niewolników, ale na drzwiach katedry gnieźnieńskiej jest scena, jak św. Wojciech wykupuje niewolnika od Żyda. Zaś w pierwszej połowie XX w. eksportowali Polki do burdeli Ameryki Płd, gdzie prostytutki były popularnie zwane “Polaco”.Dodam, że słowo Slowianin to po angielsku”Slav” i przypomina angielski…e słowo “niewolnik” – “slave”Sporo Żydów przybyło do Polski już w XI w.W 1264r. otrzymali od Bolesława Pobożnego “Statut kaliski”, zbiór bardzo przychylnych dla nich przepisów, które umożliwiały krętactwa. Wystarczyło, by Żyd przysiągł i to było dowodem w jego sprawie, a Żyda nie obowiązuje przysięga, jeśli poza słowami nie przysięga też w sercu.Tak uzyskali status NADUPRZYWILEJONOWANEJ GRUPY SPOŁECZNEJ.W 1334 r. Kazimierz Wielki nadał im przywilej “Sajów i czemu udali się do Polski. tatut Judeorum” i podobnie dostali od WX Witolda na Litwie.W średniowieczu były pogromy Żydów w Europie. Wypędzono ich z Anglii w 1290 r.,z Niemiec w 1298r., z Francji w 1306r., z Hiszpanii i z Portugalii w 1492Ciekawe jest, że dotąd nikt nie przeanalizował czemu wyrzucono ich z tych krajów i czemu udali się do Polski.Gdy Żydów wygnano z wszystkich krajów Europy znaleźli schronienie w Polsce.”Fragm. książki pt ” Co Żydzi winni Polakom” autor: Aleksander Graf Pruszyński.

      Polubienie

  5. ” Słowianie podług Bizantyńców jest to lud rosły, silnie zbudowany, z płowemi włosy, prostaczy i niepodstępny. Żyje w lasach i ukrytych miejscach, budując sobie biedne i nieczyste chaty, daleko jedna od drugiej oddalone, cały w familijnym zamknięty życiu. Dlatego tak wielką ziemi przestrzeń zabiera. Kontemplacyjny z natury, namiętnie do ziemi przywiązany, o wygody i dobre pożywienie mało dbały, nieprzedsiębiorczy i niewojenny, ukochał nad wszystko obecny stan życia, i z niesłychaną wytrwałością obstaje przy swojej doli. Wzrok jego sięga zaledwie od chaty do drugich chat sąsiednich, z któremi go wiąże związek religijny i gminowładczy. Stąd powiadają o nim, że nad wszystko wolność i równość ukochał. Gdy niebezpieczeństwo napiera, walczy śmiało o swoje siedziby, ale pojedynczość jego życia społecznego, brak spójni, nie zapewnia mu zwycięstwa. Wtedy ucieka w lasy albo poddaje się w niemym osłupieniu władzy silniejszego od siebie (…) Zbożenie i uświęcenie przyrody, które słowiańska mitologia dzieli z indyjską i grecką, rozciąga się prócz tego na tysiączne przedmioty zwierzęcego i roślinnego świata, na ptaki i zwierzęta, na kwiaty, krzewy i drzewa, stawiając Słowianina w świat prawdziwie czarodziejski, który przemawiał doń tysiącem głosów i tysięczne snuł mu postacie. Dlatego mit słowiański jest jednym dowodem więcej autochtonii Słowianina” – pisał Józef Szujski, XIX – wieczny polski historyk.

    Polubienie

  6. Ucząc się języków zachodnich wielu z nas musiało zwrócić uwagę na to, że słowo ‘niewolnik’ brzmi w nich dziwnie podobnie do słowa Słowianin: po angielsku slave, po francusku esclave, po niemiecku Sklave, po włosku schiavo, po hiszpańsku esclavo, po portugalsku escravo (pamiętacie słynny brazylijski serial Escrava Isaura?), itp. Niestety, nie jest to przypadek. W późnym okresie rzymskim, kiedy napór plemion słowiańskich na granice cesarstwa narastał, Słowianie – najłagodniejsi i najbardziej pracowici wśród tzw. barbarzyńców – stanowili główne źródło zaopatrzenia imperium w niewolników i słowo-etnonim ‘slavus, sclavus’, urobione od naszego Słowianin (a więc członek lingwistycznej wspólnoty SŁOWA) stało się dla zachodniej Europy synonimem niewolnika. Przedtem, w klasycznej epoce rzymskiej niewolnik nazywał się ‘servus’, o czym wiedzą wszyscy, którzy się łaciny uczyli. Od słowa servus poszły wszystkie dzisiejsze nazwy serwisów, service, usług, podawanie tj. serwowanie (i konserwowanie) dań, serw w siatkówce lub tenisie, itp. nie mówiąc o dawnych serwitutach, serwantkach, a nawet serwetkach (ale nie serwatkach, bo te pochodzą od sera). Stare powitanie „serwus!”, które do dziś przetrwało np. w języku węgierskim, to nic innego jak archaiczna deklaracja w rodzaju: „sługa i podnóżek, jaśnie pana wysokości”. Notabene, podobne jest pochodzenie włoskiego powitania „Ciao”, które pochodzi od weneckiej potocznej wersji określenia niewolnika: „schiavo > sciavo > ciao”.

    Wróćmy jednak do sprawy Słowian. We wszystkich językach powstałych z późnej łaciny, oraz wszędzie tam, gdzie je od nich zapożyczono, Słowianin i niewolnik to jedno i to samo, a Słowiańszczyzna to mentalnie zakodowane w zachodnich umysłach i językach terytoria niewolnicze, zamieszkałe jakby przez ludzi niższej rasy. Może to oznaczać, że jeszcze w Średniowieczu, kiedy niewolnictwo zostało zastąpione przez feudalizm, w Europie patrzono na nas, Słowian, trochę tak jak dziś patrzy się na murzynów w USA, potomków dawnych niewolników przywiezionych z Afryki. Czy nie ma w tym psychologicznego źródła starego germańskiego Drang nach Osten, czyli parcia na wschód, na ziemie niczyje, bo niewolnicze, a więc należne narodowi panów? Przecież dla Niemców (dosłownie „tych, co nie mówią”, czyli nie-Słowian) Slaven (Słowianie) to prawie Sklaven (niewolnicy): te słowa niemal na pewno wciąż sąsiadują ze sobą w mózgach przedstawicieli Herrenvolku oddzielone tylko cieniutką błoną podświadomości lub przytłumione wymogiem poprawności politycznej. Nie tylko zresztą Niemców, ale także u wszystkich mówiących po francusku, angielsku, hiszpańsku itp. Warto zdawać sobie z tego sprawę, gdy się z nimi rozmawia. Po angielsku Słowianin tym tylko różni się od niewolnika, że się go pisze przez duże S, ale za to bez ostatniej litery (Slav i slave). Czym różni się po angielsku black slave (czarny niewolnik) od white Slav (białego Słowianina)? Czy tylko kolorem skóry? Problem jest może mniej dotkliwy w przypadku Polaków albo Rosjan, bo do teg, aby wiedzieć, że my też jesteśmy Słowianami, typowy, dajmy na to, Amerykanin, musiałby mieć elementarną wiedzę i oczytanie, których darmo by tam oczekiwać nawet u dolarowych elitariuszy, ale pomyślmy o tym, jak takie skojarzenie może zafunkcjonować w odniesieniu do tych narodów, które tak jak Słowacy albo Słoweńcy, zachowali przecież tę nazwę także na określenie własnej grupy etnicznej.

    Wśród samych Słowian (Zachodnich) niewolników zwano dawniej ‘otrokami’, czyli jeńcami, pojmańcami, bo tak nas właśnie gnano kiedyś w niewolę: w pętach, otroczonych za koniem. Słowo to przetrwało w niektórych z naszych współczesnych języków, np. w czeskim, bo stąd, z zachodniej Słowiańszczyzy (i z Bałkanów) pojmano nas ongi najwięcej, a nasi bracia Połabianie (tj. mieszkający nad Łabą) i Obodryci (tj. mieszkający po obu stronach Odry) zostali wytarci z map i historii na zawsze, tak samo jak potem od krzyżackiego miecza i katorżniczej pracy wyginęli bałtyccy Prusowie i Jadźwingowie. Z ogromnym, godnym podziwu trudem trwa jeszcze na ziemi praojców, tuż przy naszej granicy, na Łużycach (Lausitz) i w Miśni (Meissen) we wschodnich Niemczech maleńka, kilkudziesięciotysięczna już tylko społeczność Serbów łużyckich, która jakimś cudem uniknęła dotąd germanizacji i otroczenja. Dzięki nim Cottbus to jeszcze Chociebuż, Bautzen to Budziszyn, a Goerlitz to Zgorzelec. Bardzo wiele toponimów (nazw miejscowych) we wschodniej części Niemiec ma słowiańskie pochodzenie

    W językach wschodniosłowiańskich, czyli ruskich, niewolnik to „rab”, czyli też „braniec, jeniec” – słowo wyraźnie kojarzone z porywaniem i agresją (rabunek, Raub), ale pożyczone raczej od turańskich najeźdźców. Można je porównać do pogardliwego tureckiego słowa raja, którym określano masę poddanych chrześcijan, przeważnie słowiańskich albo ormiańskich chłopów w imperium otomańskim. Dopiero od słowa ‘rab’ – a nie odwrotnie – pochodzi ‘rabota’, czyli robota tzn. czynności rabów, niewolników. Pogarda dla ciężkiej pracy, dziś także dla roboli i robotów (porównaj: wywiezieni na roboty przymusowe, skazany na 10 lat robót itp.), zawarta w tej etymologii jest także świadectwem gwałtu i krzywd jakie nam zadano, wciskając się w ten sposób w naszą podświadomość.

    O tym, że problem wcale nie jest błahy, świadczyć może fakt, że wiele narodów i grup etnicznych zadaje sobie wiele trudu, aby zmienić swą nazwę na użytek międzynarodowy, ilekroć pochodzi ona od określeń pogardliwych lub negatywnie kojarzonych zwłaszcza u sąsiadów. Etiopia nie chciała być Abisynią, bo to drugie słowo pochodzi od „habasza” (włóczędzy, przybłędy). Dahomej zmienił nazwę na Benin, bo to ta pierwsza nazwa – „brzuch Dana” nawiązywała do mitu o powszechnym tam niegdyś ludożerstwie. Syberyjscy Ewenkowie nie chcą być nazywani Tunguzami (choć to nazwa o długiej i powszechnej tradycji, co widać choćby po „meteorycie tunguskim”), bo „tunguz” to po turecku „świnia” i tak ich przezwali muzułmańscy sąsiedzi z południa, ze względu na to, że Ewenkowie jedzą trefną wieprzowinę. Z kolei północni sąsiedzi Ewenków – Nieńcy i ich kuzyni z Jamału – nie chcieli być nazywani Samojedami, choć to ich dawna własna nazwa (Saamid, Saami) tożsama zresztą z Lapończykami, ale przez Rosjan interpretowana jako „ci, którzy jedzą samo (tzn. surowe) mięso”. Bodaj najlepiej znany jest jednak przypadek Cyganów, którzy chcą by ich nazywano Romami, bo Rom, Drom to słowo kojarzone z drogą, koczowaniem, a słowo Cyganie wywodzi się od greckiego atinganoi(niedotykalni) i wskazywało na ich pochodzenie od bardzo niskiej kasty z Indii, co akurat jest prawdą. Tam, gdzie o Cyganach sądzono, że pochodzą z Egiptu (rzekomo jako „towarzysze ucieczki św. Rodziny”, co im schlebiało i ich chroniło), a więc gdzie nazywa się ich „Egipcjanami” (Gypsies, gitanes, gitanos) presja na zmianę etnonimu była o wiele mniejsza.

    Jestem daleki od tego, aby z takich przewrażliwień brać przykład, zwłaszcza że lubię swą słowiańską tożsamość i nasze semantycznie bardzo zresztą sprawne języki, ale sądzę, że niektóre skojarzenia warto przenosić ze sfery podświadomości do świadomości, bo wtedy łatwiej o zrozumienie i siebie i innych. Dlatego napisałem ten esej.

    Bogusław Jeznach

    Polubienie

  7. Pingback: 103 10,000 lat Słowiańszczyzny potwierdzone nawet przez allo-allo!!! :-) | SKRBH

  8. Wszystko wyssane z lalca. Same bzdety.
    Nie masz pełnej wiedzy dlatego formujesz nieprawdziwe teorie. Jesteś inteligentny i dobry w pisaniu, ale to wszystko..

    Polubienie

    • To nie teoria, to fakty archeologiczne. Można by tu jeszcze wspomnieć o Kulturze Przeworskiej (bezpośrednio konstytuującą etnicznie współczesną Polskę), można jeszcze o lunarnej kulturze naszych przodków, kiedy byli jeszcze w jaskiniach Uralu, choć ta lunarność dotrwała aż do naszych czasów. Jest to głęboko zakorzenione w polskim charakterze. Ale wtedy nikt już nie czytałby tak długich artykułów. Polacy nie lubią czytać, szybko się męczą 😄. Dlatego tematyka słowiańska jest poruszona na tym blogu jeszcze w kilku innych tekstach. Znajdź je 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s