Albin Siwak wspomina dalej…

Rozdział XI
Generał Zygmunt Berling

Jako siedemnastoletni chłopak wróciłem z Mazur do Warszawy z marzeniem odbudowy stolicy. Moim drugim pragnieniem było zostać wojskowym. Ale inwalidztwo całkowicie wykluczało wojsko, o którym mogłem rzeczywiście tylko marzyć. Godzinami patrzyłem na równo maszerujących żołnierzy i oficerów. Rembertów, gdzie do dziś mieszkam, to nie tylko poligony i strzelnice, ale przede wszystkim uczelnie wojskowe, czyli kuźnia kadry oficerskiej. I chociaż co jakiś czas z powodów politycznych zmieniano nazwy tych uczelni, to najważniejsza zasada była i jest ta sama: wojsko, musi dobrze strzelać, prowadzić pojazdy itd., nieustannie się uczyć, bo przecież co pewien czas wchodzą nowe technologie, nowe uzbrojenie, ale wojsko to przede wszystkim ludzie których nauczono pięknie chodzić krokiem marszowym. To naprawdę było coś pięknego, gdy pluton czy kompania, a czasami cały pułk, dokonywał zwrotów w marszu i przed komendą „stój” przybijał w ziemię butami, aż ptactwo z po-bliskich drzew uciekało spłoszone hukiem uderzeń zelówek o beton. Przyglądając się wówczas żołnierzom, którzy zapewne, żeby tak chodzić wylali morze potu, myślałem o tym, żeby w czasach pokoju nauczyć mężczyzn porządnie chodzić. Przykro nieraz patrzeć, jak mężczyzna dwudziesto – czy trzydziestoletni nie umie iść jak należy ulicą, powinno się każdego brać na takie przeszkolenie. Ale to były marzenia, zupełnie nie przystające do rzeczywistości. Nigdy nie pomyślałbym jednak o tym, że w swoim życiu poznam tylu wojskowych i to tak wysokiej rangi. A to, że bę-dą przede mną stawać na baczność i salutować, absolutnie nie przychodziło mi do głowy. Tymczasem każdy służbowy lot samolotem, w kraju czy za granicę, miał to do siebie, że nim weszło się na pokład to dowódca – przeważnie generał, ale niekiedy pułkownik – składali członkowi biura meldunek o sprawności maszyny i celu lotu. Gdy zostałem członkiem Komitetu Centralnego to zdarzało się, i to dość często, że zapraszano nas na różne ćwiczenia i pokazy sprawności naszego wojska. Właśnie w takich okolicznościach poznałem generała Berlinga. Rano pojechałem na lotnisko wojskowe, skąd mieliśmy le-cieć do Szczecina-Dąbia na zakończenie ćwiczeń, obok mnie stała grupa generałów, z którymi się przywitałem, za chwilę doszedł generał Władysław Hermaszewski, rodzony brat polskiego kosmonauty, i zameldował generałowi Siwickiemu, że samolot jest gotów do startu. W czasie lotu generał Berling, siedzący parę foteli przede mną, zaczął się rozglądać, aż po chwili wstał i podszedł do miejsca, gdzie siedziałem z generałem Czyżewskim. Podał nam rękę na przywitanie i spytał, czy może obok usiąść. „Tak, siadaj” – odpowiedział Czyżewski. „To towarzysz Siwak” – przedstawił mnie Berlingowi. „A tak, tak wiem” – powiedział Berling. „Podziwiam was, że nie boicie się tej sfory wrednych ludzi. Uważnie czytam wasze wystąpienia” – dodał Berling. „Czemuś od nich odszedł?” – spytał Czyżewski Berlinga, na co tamten odpowiedział: „Za dużo tam cebuli”. „Co ty mówisz? Cebuli nie jadają, perfumują się i co ty tam czujesz?” – drąży Czyżewski. „Wacek, ja ci powiem tak. Żeby trzy razy dziennie brali prysznic i obleli się butelką francuskich perfum, to i tak Żyd z nich wyjdzie. Dlatego nie mogę z nimi siedzieć, rozumiesz?” – dodał Berling.
„Czy nie boisz się tak mówić?” – zastanawiał się Czyżewski. „A co oni mogą mi jeszcze zrobić. Co chcieli to już zrobili. Zabić mnie chyba się boją” – dodał. Na platformie, z której oglądaliśmy wystawione pułki i przemarsz wojska, generał Berling trzymał się z nami. Tak samo w kasynie i w drodze powrotnej do Warszawy. Gdy po odejściu Berlinga, żegnałem się z Czyżewskim, ten stwierdził: „Traf chciał, że rzeczywiście w tej grupie generałów, gdzie usiadł Berling, byli generałowie w większości pochodzenia żydowskiego”. Później widywałem Berlinga wiele razy, czy to w loży honorowej w Sali Kongresowej na różnych uroczystościach państwowych, czy w pochodach pierwszomajowych na trybu-nie. Zawsze zamieniałem z nim parę zdań i miałem wraże-nie, że chętnie ze mną rozmawia. Raz byliśmy obaj wśród zaproszonych gości podczas wręczania awansów na wyższe stopnie generalskie i wtedy Berling spytał się mnie, czy ja zdaję sobie sprawę z tego, że jak na razie to ludzie, którzy mają odwagę źle mówić o Żydach, nie wygrają tej ba-talii. Mówię mu, że tak. „Ale ja, krytykując często kogoś, nie wiedziałem, że on jest akurat Żydem – tłumaczę. – Po prostu denerwował mnie sposób, w jaki ten człowiek podchodził do racji stanu. Później dopiero od przyjaciół dowiedziałem się, że ten krytykowany przeze mnie człowiek to Żyd. Ale moim celem wcale nie było krytykowanie Żyda, tylko towarzysza partyjnego który swoimi decyzjami działał na szkodę Polsce. Przecież na gębie nie mają gwiazdy Dawida i ja nie rozróżniam, kto Żyd, a kto Polak” – odpowiedziałem Berlingowi. „To źle – stwierdził generał. – Poruszacie się po omacku, a wtedy łatwo samemu sobie nabić guza”. Wyjął wizytówkę i powiedział: „Tu jest mój telefon i adres. Zadzwońcie kiedyś i wpadnijcie do mnie do domu”. Po paru dniach zadzwoniłem i zgodził się tego samego dnia mnie przyjąć. W domu generała olbrzymi pokój pełen był książek i pamiątek z wojny, cały stół i biurko zajęte przez arkusze papieru zapisane ręcznie. A gdy zauważył, że ciekawie oglądam te zapisane ar-kusze – powiedział: „kończę i przerabiam to, co napisałem”. Usiedliśmy przy stole i żona generała, pani Maria, przy-niosła herbatę. Berling trzymał filiżankę w ręku i długo mi się uważnie przyglądał. Gdy odezwał się, nie mówił mi „towarzyszu”, jak do tej pory. „Panie Albinie, zaprzestań pan wojny z Żydami, bo oni tak to odczytują – powiedział. – Pan, strzelając, jak sam mi o tym powiedział, nie wie nawet, że trafia w Żyda. Ale oni są święcie przekonani, że pan doskonale wie, kim oni są i robi to celowo. Tej wojny z nimi nikt z Polaków nie wygra, a ten problem, musi dojrzeć jak owoc nim spadnie z drzewa. ONI sami, bardzo pośpiesznie pracują, a przez swoją chytrość i pewność pracują na nowy holokaust, który wcale nie w Polsce wybuchnie. Szkoda pana, bo jeśli zechcą – a widać już, że chcą – to zniszczą pana. Pół Polski uwierzy w wersję, którą o panu puszczą, a panu nie starczy życia, żeby się z tego szamba wygrzebać. Po to poprosiłem pana na tą rozmowę. Ja swoje już przeszedłem i znam ich metody i sposoby niszczenia ludzi” – powiedział Berling. Siedzieliśmy jeszcze z pół godziny, ale generał już mało mówił. Byłem przekonany, że on ma rację, że toczę walkę bez perspektywy, bez cienia szansy, że ktoś publicznie przyzna mi rację, nie mówiąc już o zwycięstwie. Kolejna uroczystość, jaka miała miejsce w Sali Kongresowej, odbywała się już bez generała Berlinga. Na jego po-grzebie tych najważniejszych osób, dzierżących władzę, oczywiście nie było, bo uważali go za swego wroga. Wszak do wrogów na pogrzeby się nie chodzi, tylko wysyła sobie wiernych, żeby zobaczyli, czy rzeczywiście zakopali go porządnie i nie wstanie. Upłynęło trochę czasu i gdy byłem już członkiem biura politycznego i przewodniczącym Komisji Skarg i Interwencji, przyszła do mnie pani Maria, wdowa po generale Berlingu z synem Januszem. „Panie Albinie, zaczęła swą sprawę – jak pan wie, mieszkamy w budynku dla wojskowych. Przysłali pismo, że mamy z synem opuścić ten lokal, ale dają nam nowe mieszkanie. Tyle że syn ma żonę i dwoje dzieci, a ja chciałabym mieć osobno malutkie mieszkanie. Pomóż pan nam, prosimy” – błagała wdowa. Zawsze, kiedy sprawa dotyczyła generałów, zasięgałem rady czy tylko informowałem o sprawie generała Jaruzelskiego, który z reguły kazał taką sprawę załatwiać pozytywnie. I tym razem tak zrobiłem. Generał Jaruzelski obarczył mnie przy tej okazji dodatkowym zadaniem: „Sprawę trzeba oczywiście załatwić tak, jak oni sobie życzą, ale można by od razu załatwić i drugi problem. Berling od paru lat pisał pamiętnik, możemy się tylko domyślać, co tam było. Dobrze, żeby ten pamiętnik nie dostał się w niepowołane ręce. Spróbujcie tak załatwić, żebyście pożyczyli ten pamiętnik” – polecił mi generał. Szczerze mówiąc to ja sam miałem od dawna chęć do-wiedzieć się, co generał napisał. Sprawę mieszkaniową oczywiście załatwiłem tak, jak chciała jego rodzina, ale na temat pamiętnika nie miałem odwagi napomknąć. Czułem, że jak tylko pożyczą mi ten pamiętnik to od ręki będę go musiał oddać Jaruzelskiemu. Nie mógłbym tego zataić, bo przecież generał mógłby się dowiedzieć, że pożyczyłem pamiętnik i nie przekazałem w jego ręce. Myśl o tym, by przejrzeć notatki Berlinga nie opuszczała mnie jednak i cały czas myślałem o tym jak by je pozyskać do przeczytania. Sprawę ułatwiły mi pewne zdarzenia. Jednego dnia, gdy odjeżdżaliśmy samochodem spod Komitetu Centralnego, bo miałem jechać do Lublina na konferencję wojewódzką, w tym momencie przyszła pani Maria z kwiatami, aby mi podziękować. Mówię, że nie za-biorę tych kwiatów ze sobą, bo zwiędną i szkoda ich tylko. „Ale odwiedzę panią w tym nowym mieszkaniu” – powie-działem. Kazałem później oficerowi umówić się na tę wizytę, ale zaznaczyłem, żeby i syn był z nią wtedy w mieszkaniu. Gdy zajechałem z kierowcą i oficerem na miejsce, oboje już na mnie czekali. Zależało mi, by być pod-czas rozmowy bez świadków, więc wcześniej przeprosiłem kierowcę i oficera. Nigdy nie stosowałem takiej metody, żeby tych, co ze mną pracują wypraszać, gdy się spotykam prywatnie, chyba że druga strona sobie tego nie życzyła, wtedy tak. Zostaliśmy więc sami i zaczęliśmy rozmawiać jak im się żyje osobno. Zaczęli oboje mi dziękować i dawali do zrozumienia, że chcieliby jakoś wynagrodzić tak dobrze załatwioną sprawę. „Pani Mario – mówię, pani mąż zapracował nawet na lepsze. Szedł na ratunek Warszawie, a właściwie ludności Warszawy, przekroczył Wisłę. Dał z siebie wszystko, narażając się w Moskwie”. W tym momencie pani Maria powie-działa: „Gdyby pan wiedział, jakie mąż miał plany, co chciał zrobić, przekraczając Wisłę. Ale to, co planował nie pasowało Berii i Stalinowi do ich koncepcji politycznych. On chciał za wszelką cenę uratować te trzysta tysięcy młodych ludzi, którzy walczyli bądź przebywali wtedy w Warszawie”. „Pani Mario, największą dla mnie nagrodą byłoby prze-czytanie pamiętników męża. Czy moglibyście państwo mi je pożyczyć na tydzień?” – zapytałem. Ale nie odpowiedzieli ani tak, ani nie. „Niech pan zadzwoni do nas za tydzień” – zaproponowali. Nie zdawałem sobie sprawy, w jak poważne kłopoty wchodzę przez te pamiętniki. Za tydzień, na po-siedzeniu Biura Jaruzelski mówi: „Myślałem, że uda się przy okazji towarzyszowi Siwakowi zdobyć te pamiętniki Berlinga. Trzeba je koniecznie od nich uzyskać, zaproponować za nie dużą cenę i kupić. Jeśli nie uda się ich wykupić to innym sposobem, ale trzeba je od nich zabrać”. I dalej mówił Jaruzelski o Berlingu: „mógł w nich nieprzychylnie napisać o Związku Radzieckim za to, że go zdjęto z funkcji dowodzenia frontem nad Wisłą. Prawdopodobnie o wielu polskich generałach napisał źle, bo nie krył się z tym w rozmowach. Gdyby to ukazało się na Zachodzie, mielibyśmy duże nieprzyjemności z tego powodu. W tej sytuacji to zadanie powierzam Kiszczakowi i on musi znaleźć sposób, by je od nich dostać”. Zostało to przez Biuro Polityczne zaakceptowane, w tej sytuacji doszedłem do wniosku że nie uda mi się przeczytać tych pamiętników. Ale mądre przysłowie mówi, że jak coś ma wisieć to nie utonie. Tak też było i z tą sprawą. Mój oficer ochrony zameldował mi, że pani Maria dzwoniła już kilka razy, gdy nie było mnie w biurze. I rzeczywiście wtedy ciężko było mnie złapać w Warszawie. Jeden dzień w tygodniu poświęcałem w gmachu KC na przyjęcia ludzi, z reguły było to wtedy od ósmej rano do 23 w nocy, kolejny poświęcałem na sprawy związków zawodowych w biurze na Mokotowskiej, też do późna w nocy. Trzeci dzień to z reguły zaplanowane konferencje wojewódzkie w kraju, gdzie być musiałem, a pozostałe trzy dni upływały na spot-kaniach z załogami różnych zakładów pracy. Ale na wizycie u pani Marii bardzo mi zależało, więc od ręki poprosiłem sekretarkę o połączenie. „Panie Albinie – mówiła pani Maria – mąż wynajmował mały letni domek na Mazurach od przyjaciela. My z synem i dziećmi jedziemy tam na sobotę i niedzielę. Zapraszamy pana w ten cudowny zakątek nad jezioro”. Podała mi adres i wyjaśniła, jak tam dojechać. Zakątek okazał się dobrze ukryty w kompleksie pojezierza Iławskiego. W miejscowości Sarnówek kończyła się droga i dalej dojechałem już gruntową chłopską drogą do kilku drewnianych domków nad jeziorem. Ludzie wskazali mi, do którego z nich przyjeżdża czasami pani Maria z synem i wnukami. Po przywitaniu generałowa mówi do mnie: „Ja widziałam, jak bardzo pan nabrał chęci przeczytać pamiętniki męża. Pożyczyć ich panu nie możemy ale tu pro-szę bardzo, niech pan sobie czyta. Mieliśmy wizytę od ministra Kiszczaka i chciano je kupić, ale syn się nie zgodził. Pomyślałam, że to znaczy, iż MSW podjęło zgodnie z decyzją Biura próbę pozyskania i zabezpieczenia tych pamiętników. Jak się im to nie udało teraz, to wymyślą coś innego, żeby je posiąść. Panie Albinie, na stryszku mąż miał swój pokoik. Tam spokojnie może pan sobie czytać pamiętniki, ale proszę nie wynosić ich z domu” – zapowiedziała. Czytałem już parę godzin i pani Maria przyniosła kanapki i herbatę. „Wie pan, zaczęła mówić – mąż ukochał to miejsce, ale nie mógł tu kupić działki, bo tereny te są włączone w park narodowy. Te kilka domków to ziemia chłopska, oni tu mieli stodoły na siano, bo wkoło piękne łąki. No ale gdy na miejscu owych stodół pobudowali te domki, zrobił się wielki krzyk. Tyle że pobudowali je ludzie wpływowi i dali sobie radę, żeby nie rozebrano ich domków. To piękne jezioro z licznymi zatoczkami i wysepkami ciągnie się od Iławy daleko na północ i nazywa się Jeziorak. Jutro syn przewiezie pana motorówką i sam się pan przekona, jak tu cudownie”. Ale nie popłynąłem, bo zależało mi na przeczytaniu całości pamiętników Berlinga. Następny dzień czytałem do wieczora. Odpisałem sobie sporo ważniejszych wspomnień z życia generała, a było ono tyleż ciekawe, co i trudne. Berling znalazł się w Moskwie w Zarządzie Głównym Związku Patriotów Polskich, w którym tylko on był Polakiem oraz Aleksander Zawadzki i Bogdan Sokorski. Reszta to byli Żydzi, którzy utworzyli już nowy polski rząd, chociaż Polska była jeszcze pod okupacją Niemców. Aresztowano Berlingowi żonę, która w jednym z gułagów na wschodzie zmarła z głodu i zimna. Znałem przecież własnoręcznie napisane pamiętniki W. Gomułki. One porażały faktami które później A.Werblan wyczyścił, żeby nie kompromitowały Żydów. Ale tu wyzierała tragedia ludzi i kraju. Berling nie mógł otwartym tekstem mówić ani do oficerów z Katynia, Kozielska, Starobielska, Ostaszkowa, Korowa, ani do swych żołnierzy nad Oką, gdzie tworzył pierwszą dywizję WP. W sercu i głowie nosił plan, jak pomóc ojczyźnie. W tym czasie wśród Polaków, którzy znaleźli się w Związku Radzieckim, był najwyższym rangą wojskowym. Gdy miał te rozmowy pod Moskwą, to wówczas nie znał prawdy, że już część oficerów polskich nie żyje, Rosjanie nie pałali miłością do polskich oficerów, tym bardziej do generałów, ale dobrze wiedzieli, jaką przeszłość miał Berling, jakie ma poglądy polityczne, a w tej chwili potrzebny im był człowiek, który po opuszczeniu armii Andersa mógłby tworzyć polską armię na terenie Związku Radzieckiego. Berling opisuje, ja-kie miał kłopoty, gdy został już członkiem Związku Patriotów Polskich w Moskwie. Z obrzydzeniem opisuje ludzi, którzy stworzyli ten związek. Wanda Wasilewska oraz Berman też nie mieli do niego zaufania, wyrabiali u Stalina złą opinię o Berlingu. Stalin – jak pisał w pamiętnikach Berling – zdawał sobie sprawę, że nie ma żadnego wyboru, jeśli idzie o postawienie na czele Wojska Polskiego Polaka, któremu by zaufali Polacy zgłaszający się do wojska. Owszem byli w Związku Patriotów Polskich w Moskwie Polacy, ale tylko dwóch plus Berling, pozostali ludzie w związku to Żydzi. Bogdan Sokorski nie nadawał się na dowódcę armii, a Aleksander Zawadzki stawiał dopiero pierwsze kroki w wojsku i też do roli szefa pierwszej armii nie miał kwalifikacji. Stalin z dwojga złego wybrał mniejsze zło, czyli Polaków. Jak mocno podkreśla to we wspomnieniach generał Ber-ling, Związek Patriotów Polskich w ogóle nie widział w swoich planach Polski jako państwa, ale jako siedemnastą re-publikę. Na naradach często padały tam znane Polakom określenia typu „na h.. nam Polska”. Stalin, z tylko jemu znanych powodów, takich propozycji nie przyjmował, a nawet irytowały go te wnioski. Sokorski i Zawadzki zgadzali się z pomysłami Berlinga, by tworzyć polską armię, ale tylko wtedy gdy byli sami, a już na naradach w związku nie pisnęli ani słowem, żeby poprzeć koncepcję Berlinga. „I tak już było – pisał Berling – z każdą sprawą. Przyznawali mi obaj rację tylko, gdy byliśmy sami. Wiele trudnych rozmów odbyłem ze Stalinem, nim go przekonałem o konieczności powołania do życia Pierwszej Dywizji Polskiej. I tu doczytałem się czegoś,- w co nie mogłem uwierzyć, że miało to miejsce” – notował generał. Wiele lat później po tym jak przeczytałem pamiętniki Berlinga, byłem na Krymie na urlopie. Przebywali tam również na urlopach radzieccy dygnitarze, w rozmowie z którymi usłyszałem taką oto wersję związaną dokładnie z sytuacją opisaną przez Berlinga. W rozmowie tej, uczestniczyłem wówczas nie tylko ja, ale i Marian Woźniak oraz generał Dziekan. Otóż, generał Berling po wielu rozmowach ze Stalinem przekonał go, że można by wcielić do polskiej armii polskich oficerów będących w radzieckiej niewoli – mowa tu o tych, którzy już zostali zamordowani w Katyniu i Miednoje. Wtedy kadry oficerskiej nowo tworzona armia polska w ogóle nie miała, tylko nieliczni byli ci, co mieli jakąś wiedzę i praktykę wojskową, a nawet wielu nie umiało czytać i pisać. Strona radziecka też nie dysponowała aż tyloma oficerami, żeby nam przekazać, poza tym chodziło o to, by nową polską armią dowodzili Polacy. Tak więc na Krymie w rozmowie, w której brali też udział Dobrynin i Kulikow, Berling dostał od Stalina zgodę na spot-kanie się z polskimi oficerami i żołnierzami, którzy byli przetrzymywani w obozie pod Moskwą. Stalin obwarował to jednak swoimi warunkami, mianowicie wszyscy, którzy zechcieliby wstąpić do nowej armii polskiej, musieliby – każdy indywidualnie – złożyć przysięgę słowną i na piśmie jako dokument lojalności wobec władzy radzieckiej, Berling, ucieszony, zaraz pojechał na spotkanie do Polaków, ale nie był sam, bo Stalin rozkazał mu zabrać Wasilewską i opiekę radzieckiej bezpieki. W pamiętniku Berling w tragicznych słowach opisuje, jak przebiegało to spotkanie. Gdy polscy oficerowie dowiedzieli się, kto do nich przyjechał to w ogóle nie chcieli wyjść z baraków na plac, gdzie miało się odbyć spotkanie. Dopiero rozkaz radzieckich dowódców tego obozu zmusił Polaków do wyjścia. Nie dali jednak dojść Berlingowi do słowa, nie milkły też gwizdy i okrzyki „zdrajca”. Kilka razy Wanda Wasilewska kazała Berlingowi wycofać się i odjechać. Sama poszła do baraku dowództwa radzieckiego i nie wychodzili więcej, bo jej też naubliżali i to nie przebierając w słowach. Długo nie dawali mi – pisze Berling – bym mógł coś powiedzieć. Gdy się stopniowo uciszyło, zacząłem mówić, że najważniejszą rzeczą jest ocalić życie. Czas ma to do siebie, że goi bolesne sprawy. Nie mogłem przecież – pisze Berling – krzyknąć: «Chodźcie do polskiego wojska, a w Polsce zobaczymy, co zrobić, jak będzie już po wojnie!». Byłem otoczony kilkudziesięcioma funkcjonariuszami bezpieki i wiedziałem, po co oni tu przyjechali. Więc musiałem mówić, że teraz najważniejsze to pokonać wojska hitlerowskie i wyzwolić Polskę, że można to robić, ale razem z Armią Czerwoną. Liczyłem, że zrozumieją moje intencje, że domyślą się, o co mi chodzi. Niestety nie stało się tak. Zaczęli śpiewać coraz głośniej «Powstań, Polsko, skrusz kajdany, dziś twój triumf, albo zgon». Znów zaczęli krzyczeć: «Zdrajca!». Tylko siedmiu oficerów wyraziło zgodę na warunki, jakie postawiłem – pisał Berling. Musieliśmy dostać większą ochronę, żeby nas nie ukamienowali, bo zaczęli rzucać kamieniami. Wściekła Wasilewska krzyczała na mnie: «Widzisz, jakie masz pomysły! Daj im broń, to ci pokażą, do kogo będą strzelać!». Było mi ciężko na sercu. Nie moglem się pogodzić z myślą, że oto być może sami na siebie wydali wyrok, bo nie miałem wątpliwości, jak sprawę tę przedstawi Stalinowi Wasilewska. Ona, która nie tylko nie popierała inicjatywy stworzenia tu w Rosji polskiej armii, ale w ogóle razem ze swoim Związkiem Patriotów Polskich nie chciała, żeby po wojnie pow-stało państwo polskie” – zanotował Berling. Dodam w tym miejscu od siebie, że to stryjek późniejszego marszałka Polskiego Sejmu, będący wówczas w Związku Patriotów Polskich, mówił „na h.. nam Polska!”. Jego syn nosi oczywiście polskie nazwisko i też jest patriotą. Wracając do pamiętnika, Berling bardzo się obawiał reakcji Stalina na to, co zaszło w obozie. Przecież nie sam sprawował władzę, a wespół z ludźmi, którzy Polskę nazywali „bękartern”, z ludźmi żyjącymi nienawiścią do Polaków. Owszem, ci ludzie chcą Polski, ale jako republiki, gdzie porządek i spokój zapewniałaby Armia Czerwona a oni sprawowali by władzę i realizowali polecenia płynące z Moskwy. Ktoś, kto czytając to powie: „Człowieku, a czy nie było tak, że właśnie w Polsce realizowano polecenia z Moskwy?” będzie miał tylko częściową rację. Bo rzeczywiście trzeba było realizować główne kierunki polityki, dotyczące wszystkiego co było związane z obronnością, czyli polską armią, ukierunkowywano politykę zagraniczną, trzeba było trzymać się podziału zadań, co który kraj ma produkować i dlaczego, żeby uzupełniać zapotrzebowanie innych krajów socjalistycznych. Ale reszta – i to wcale niemało – była w polskich rękach. Przypomnę tu czytelnikom, że właśnie w tym czasie w Polsce Ludowej wybudowano najwięcej kościołów, rzemiosło prywatne i ogrodnictwo wtedy kwitło. Niedowiarkom proponuję przeczytać roczniki statystyczne, żeby się prze-konali o prawdzie. W tym okresie jedynie Polska nie skolektywizowała rolnictwa, wszyscy pierwsi sekretarze KC mówili, że polskie rolnictwo będzie rodzinne, dziedziczone po rodzicach. Siedziałem na tym poddaszu i plan Berlinga wyłaniał mi się bardzo jasno. On myślał, że przekona polskich oficerów, że między wierszami wyczytają jakoś jego intencje – chciał nie tylko ich uratować, ale liczył, że dyskretnie będą mieli wpływ na swych podwładnych. Nie chodziło mu o to, żeby – jak oskarżała go Wasilewska – odwrócić broń na ruskich. „Tylko głupi robi sobie wroga na granicach swego państwa” – podkreślał. Liczył na to, że w powojennej Polsce nie musi być tak jak planował Związek Patriotów w Moskwie, że trzeba będzie wypracować formę współżycia z sąsiadami, nie tracąc nic z tego, co narodowe i polskie. Liczył, że uratowani oficerowie spuszczą z tonu i zrozumieją, że nie należy rzucać życia na stos jak śpiewali, ale chronić je, bo jest to dobro narodowe. jeśli polec za Ojczyznę to nie bezmyślnie, z fantazją, po polsku, ale w ostateczności. Berling pisał o tym, że ten śpiew głęboko go raził, bo nie wolno nikomu ryzykować i rzucać na szalę byt Polski. Minęło dziesiątki lat i w prasie z dnia 6 – 7 stycznia 2007 roku wyczytałem, jak polski profesor, doktor habilitowany Andrzej Romanowski pisze: „Powstań Polsko, skrusz kajdany, dziś twój triumf albo zgon. Te słowa – pisze Andrzej Romanowski – obrażają mnie. Obrażają najgłębsze moje uczucia, mój zmysł moralny. Sama myśl o tym, że Polska może skonać jest zbrodnią. Wolno – pisze dalej profesor – oddać każdemu majątek, przynieść życie w ofierze, ale bytu Polski ryzykować nie wolno. Jej przyszłości ryzykować nie wolno ani jednostce, ani zbiorowości, czy organizacji jakichkolwiek ani nawet całemu pokoleniu. Bo Polska nie jest własnością tego czy innego Po-laka, tego czy innego obozu politycznego. Człowiek, który ryzykuje byt narodu jest, jak gracz, który siada do zielonego stołu z cudzymi pieniędzmi”. Słowa te pisze nie jak jakiś komuch – jak nazywają ludzi PRL-u – ale jak człowiek, który miał odwagę PRL krytykować i wskazywać na tragiczne jego błędy. Dziś między innymi tematami, słusznie zwraca uwagę na szaleństwo rządzących którzy – jak widać – zasiadają do tej gry nie tylko z cudzymi pieniędzmi, ale w ogóle bez nich, mając pełną gębę frazesów, że czynią to dla dobra Polski. Pisze dalej Berling, że Stalin po tym fakcie nie chciał już rozmawiać na ten temat. „Myślę – pisze Berling – że Wasilewska jednak go przekonała co do przyszłości losów polskich oficerów. My obecnie wiemy, że ich wymordowano. Jestem pewien, że szalę, żeby wymordować oficerów przechylili Wasilewska – pisał generał. Ona, jak pisało wielu autorów, była jakiś czas kochanką Stalina, ale i Beria przyjmował ją wielokrotnie na swej daczy, co nawet Sokorski napisał w swojej książce. Jeśli tak rzeczywiście było, to bardzo prawdopodobne, że ona tą kroplę przelała. W pamiętnikach generał Berling nawiązuje do Piotra Jaroszewicza, do jego relacji mówiącej jak Polaków przewożono w głąb Rosji, gdy ZSRR, z racji układu Ribbentrop-Mołotow zajęli polskie tereny. Jest to relacja wstrząsająca. Jaroszewicz był nauczycielem języka polskiego na terenie zajętym właśnie przez ZSRR. „Zimą w wagonach bydlęcych, bez ogrzewania i posiłku wieźli nas wiele dni na wschód, ludzie załatwiali się w słomę tam, gdzie leżeli. Pierwsze nie wytrzymywały mrozu dzieci. Nawet pochować ich nie dawano, zabierali martwe dzieci i na naszych oczach rzucali obok toru kolejowego w śnieg. Widać, że nie były pierwsze, ze śniegu sterczały rączki lub część ciała już tam leżących od dawna. Umieszczono nas w barakach, trzeba było je jakoś ocieplić i ogrzać. Jeść dawali raz na dobę. Piotrowi zmarła żona i tam ją pochował. Umierało dużo ludzi, bo nikt się nie troszczył, że ktoś choruje, że umierają też nie – wspominał Jaroszewicz. Jako, że znał rosyjski bardzo dobrze to Rosja-nie z tych robót zabrali go i przewieźli do Moskwy. „Gdy tworzyliśmy pierwszą dywizję, pisze Berling, Jaroszewicza przy-wieźli Rosjanie. Podobał mi się, był skromny i uczciwy, bardzo pracowity. Nie szczędził czasu, żeby nauczyć żołnierzy czytać i pisać. Z tej racji, że górował nad innymi swym wykształceniem, został oficerem i tak zaczęła się jego wojskowa kariera”. Generał Berling, opisuje też zjawisko nie znane wcześniej w polskim wojsku, a mianowicie komisarzy przy dowódcach wojskowych. Przyznaje, że to utrudniało dowodzenie i podejmowanie szybkich decyzji na froncie. Z reguły komisarzami byli Żydzi, co jeszcze bardziej zaogniało sytuację. No, ale w Moskwie Beria musiał być pewien, co dzieje się wśród wojska i od tego nie było ratunku. Wiele stron zapisał w swym pamiętniku generał Berling o awansach ludzi pochodzenia żydowskiego, odnotowywał jak szybko i wysoko awansowali na wyższe stopnie, nie mając ani wykształcenia, ani praktyki. Czytając te fragmenty, zrozumiałem, dlaczego tak chciano pozyskać jego pamiętnik, szczególnie zaciekawiła mnie końcowa część jego wspomnień. Otóż Berling po nieudanej próbie uratowania polskich oficerów podjął drugą, jeszcze bardziej ryzykowną, za którą zapłacił utratą funkcji dowodzenia polską armią nad Wisłą. On wyraźnie pisał, że w Warszawie tych, którzy walczą w powstaniu i tych, którzy nie walczą jest około trzystu tysięcy ludzi, dodajmy młodych i zdecydowanych. Jego planem było uratowanie tych ludzi, wiedział, że w Związku Patriotów Polskich w Moskwie mówiło się o tym jak namówią Stalina – bo Berii nie musieli, gdyż był to ich człowiek – żeby tych Polaków usunąć z drogi do władzy w Polsce. Berling pisze, że nie ma na to dowodów, ale ma pewność, że właśnie ONI byli sprężyną do decyzji zatrzymania frontu na Wiśle i pozwolenia Hitlerowi na całkowite wymordowanie tej jakże cennej części narodu polskiego. Żywi – psuli cały plan koncepcji rządzenia Polską. Berling nie ukrywa w swoich pamiętnikach, że spodziewał się, że i jego wykończą. Plany patriotów pokrzyżował Gomułka, tworząc rząd, partię i Komitet Centralny w Lublinie, ale zgodził się przyjąć ich część do swego rządu, zresztą sami się po-ściągali do Polski. I Berling, i Gomułka pisali, że bardzo żałują, że odwiedli Stalina od jego decyzji, by wysłać wtedy wszystkich Żydów przebywających w Związku Radzieckim na Wyspy Sołowieckie. Stalin również czuł z ich strony zagrożenie i nie pomylił się z tymi przeczuciami. Dziś można z perspektywy czasu postawić pytanie: czy gdyby udało się Berlingowi przekonać pozostałych oficerów i żołnierzy polskich i ocalić od wymordowania trzysta tysięcy młodych ludzi w Warszawie, to czy Stalin po wojnie zdecydowałby się ich pozbyć lub zamknąć, czy też oni mieliby wpływ na losy Polski. Wracając do pamiętnika generała Berlinga, po przeczytaniu go chciałem się upewnić, co na ten temat znajduje się w archiwach w Komitecie Centralnym. Członkom Biura Politycznego wolno było czytać te dokumenty, ale musieliśmy pisać oświadczenia, w jakim celu chcemy poznać ich treść i podpisywać w tym oświadczeniu, że zachowamy tajemnicę. Znalazłem zapis, który pokrywał się z tym, co opisał w pamiętniku Berling. Różnica polegała na tym, że zapisy w archiwach sporządzali pracownicy Jakuba Bermana, a konkretnie L. Brystigerowa, więc oni te same sprawy zanotowali nieco inaczej. Jedynie treść depeszy Berlinga do Stalina jest wierna. Otóż Berling, gdy front doszedł do Wisły i zatrzymał się tam na parę miesięcy, widział sam, ale i miał notatki od oficerów Wojska Polskiego, że na już wyzwolonych terenach Urząd Bezpieczeństwa – który prawie w całości był obsadzony Żydami – masowo aresztuje, torturuje w więzieniach i bez wyroków sądowych rozstrzeliwuje ludzi. Aresztowanymi byli przeważnie ludzie wykształceni i ci, którzy oficjalnie źle mówili o nowej władzy. Berling pisał, że są to duże ilości ludzi i jak dalej tak pójdzie, to wymordują większą część polskiego narodu. Nie mógł patrzeć na to obojętnie, a na jego uwagi nie reagowali, więc zdecydował się i wysłał depeszę do Stalina: „Błagam Was, towarzyszu Stalin, pomóżcie Polsce. Trzeba wyrwać z rąk międzynarodowych bandytów trockistów w Urzędzie Bezpieczeństwa władzę. Jeśli dalej będą mieć władzę, taką jak mają to wymordują Polaków”. O tej depeszy wiedział tylko Drobner, ale niezwłocznie po-wiedział o niej Bermanowi. Wtedy Żydzi naradzili się i Radkiewicz zaproponował deportację Berlinga na wschód lub wydanie zgody na jego likwidację. Berman i Radkiewicz depeszowali w tej sprawie nie do Stalina, a do Berii, ale ten mimo swej ogromnej władzy uznał, że należy przekonsultować tę kwestię ze Stalinem. Stalin nie wyraził jednak zgody ani na deportację, ani na likwidację Berlinga. I takie dokumenty znalazły się w polskich archiwach, które osobiście czytałem. Stalin kazał wezwać Berlinga do Moskwy, nie przyjął go już osobiście, a zlecił załatwienie tej sprawy Bułganinowi. Ten prosto z mostu powiedział: „Wrócić do Polski na razie nie możecie i to jest w waszym interesie. Będziecie studiować, na Akademii Woroszyłowa. Był czas i okazja, żeby do tego nie doszło, ale wy sami i Gomułka odwiedliście Stalina od jego decyzji”. 4 października 1944 r. Berling został oficjalnie zdjęty z dowódcy armii Wojska Polskiego. Jak odnotowano w dokumentach decyzję tę podjęto pod naciskiem Komitetu Organizacyjnego Żydów Polskich, bo utworzony ZPP przekształcili już w Polsce w ten właśnie Komitet. Współcześni historycy powinni przeczytać te dokumenty znajdujące się w kraju, a na pewno są takie same w Moskwie, i odpowiedzieć na pytania: Czy generała Berlinga zdjęto z dowódcy I Armii Wojska Polskiego z powodu przekroczenia Wisły i pomocy Powstaniu Warszawskiemu? Czy za depesze do Stalina, bo polskojęzyczne – ale nie polskie! – środki przekazu wyrabiały u Polaków pogląd, że to Stalin zarządził, żeby Niemcy zdążyli wymordować w Warszawie polską inteligencję. A może to bardziej Żydom zależało na tym, żeby zginęli oni z rąk Niemców, a wtedy oni będą mieli czyste sumienie i mniej pracy? Wspomnę jeszcze, że Żydzi w archiwach KC i MSW mieli dokument, w którym Stalin wydał rozkaz generałowi Żukowowi (ale nie marszałkowi), żeby powołać zespół w Ministerstwie Obrony i Ministerstwie Spraw Zagranicznych, i sporządzić razem listę Żydów polskich, deportować ich na wyspy Sołowieckie. Taki sam był w archiwach w Moskwie, gdyż dokładną jego treść przekazał mi Maszerow, członek Biura Politycznego KC KPZR. Na tej liście znaleźli się między innymi: A. Lampe, J. Berman, H. Minc, I. W. Groszowie, L. Brystigerowa, E. Ochab, E. Sammerstein, R. Zambrowski, B. Drobner, J. Bo-rejsza, E. Szyr, L. Szenwald, M. Waszkowski, M. Węgrowski, M. Mietkowski, E. Werfel, Z. Modzelewski. W sumie ponad sześćdziesiąt osób. Jakże boleśnie i gorzko zapłacili za swoje ocalenie Berlingowi, a później Gomułce. Obaj w swoich pamiętnikach napisali, że przywieźli do Polski jadowitą żmiję, która pokąsała ich boleśnie, a chciała śmiertelnie. W dokumentach archiwalnych wyczytałem jeszcze coś ciekawego, otóż w 1943 roku, po śmierci Lampego, Jakub Berman przyjął po nim wszystkie sprawy, łącznie z tym, że potajemnie z Berią utworzyli w łonie Z.P.P. tajny komitet i już w Polsce nazwali go Komitetem Organizacyjnym Żydów Polskich. Ukrywając to przed Stalinem, nawiązali ścisły kontakt i umowę z Federacją Żydów Polskich w USA. Na czele tej organizacji stał Josek Tannenbaum, zaciekły wróg Związku Radzieckiego i komunizmu. Radziecki wywiad twierdził, że odsuwanie Żydów na Kremlu od władzy spowodowane było nie tylko tym, że izraelski Mossad podpisał umowę z CIA, ale i te właśnie fakty były ponoć znane Stalinowi. Na koniec generał Berling pisał, że działacze Z.P.P. w Moskwie podjęli bardzo silne działania, żeby nie dopuścić do utworzenia I Armii Polskiej w Związku Radzieckim. W tej sprawie Wanda Wasilewska i Alfred Lampe oraz Jakub Berman i kilku innych członków tego związku odbyli rozmowy z Berią, a następnie z Mołotowem i Malenkowem. Pisali też do Kaganowicza, zastępcy Berii. Jakub Berman napisał z kolei specjalne pismo do Stalina, uzasadniając, że nie należy tworzyć polskiego wojska. Z dokumentów wynika jednak, że Stalin odpisał Bermanowi: „Dowódcą polskiej armii będzie Berling. Wodzem musi być Polak i to rdzenny i taki, co zna wojsko i wojsko jego. Człowiek znany w Polsce, oficer myślący po polsku, bo inaczej nic z tego nie będzie. Ja Polaków znam i wiem, na co ich stać. To decyzja nieodwołalna”. Myślę, że Stalin znał Poaków, przecież – co można wyczytać w jego życiorysie, ale i on sam nie ukrywał tego faktu – jego dziadek ze strony ojca był Polakiem. Gdyby Berii udało się przechwycić władzę po śmierci Stalina, sprawy potoczyłyby się zapewne jeszcze inaczej. Ale Rosjanie czuwali już nad tym dobrze, bo Beria, zaraz po śmierci Stalina został aresztowany i stracony, zlikwidowano całkowicie oficerów politycznych w wojsku, ograniczono awanse Żydom i szczególnie znanych oprawców pociągnięto do odpowiedzialności. „Zaraz po tym – pisał Berling – polscy Żydzi przestraszyli się i zaczęli wyjeżdżać. Dalekosiężne plany Żydów upadły i teraz trzeba z uporem pracować, by zdobyć całkowicie władzę. I to się im udaje dzięki zaślepieniu Słowian fałszem i obłudą”. Tak pisał generał Zygmunt Berling, odważny Polak, patriota, którego Żydzi przy pomocy Polaków chcieli wdeptać w ziemię. Ale gdyby nie jego upór i przyzwolenie Stalina, to tysiące Polaków wywiezionych do ZSRR zginęłoby w kopalniach, lasach i na budowach. W 1986 r. zapoznałem się z notatkami z archiwum akt tajnych dotyczących generała Z. Berlinga. Przypadek sprawił, że po powrocie z Libii w lutym 1990 roku poszedłem do gmachu KC po swoje dokumenty potrzebne mi do emerytury. W archiwum leżał na podłodze stos ściśle tajnych dokumentów, które ładowano do worków i wywożono do zakładów papierniczych do Konstancina – Jeziornej w celu zmielenia ich. Zobaczyłem, że są to skargi oficerów Wojska Polskiego skierowane do Komisji Zjazdowej z datą 1960 i późniejsze. A do mnie, do Komisji Skarg przychodzili także wojskowi skarżąc się, że Komisja Zjazdowa w ogóle im nie odpowiedziała. Pamiętam jak osobiście wnosiłem ten problem na posiedzenie biura politycznego, ale odpowiadano mi, że na skargi skierowane do Komisji Zjazdowej minionego Zjazdu odpowiedzieć może wyłącznie Komisja Zjazdowa przyszłego Zjazdu. Z tych skarg wyzierała rozpacz i tragedia ludzi, którzy podjęli walkę ze złem w wojsku. Pisali, jak awansuje się ludzi bez kwalifikacji i wykształcenia, jak niszczy się zdolnych oficerów tylko za to, że podejmowali tę walkę. Podawali setki przykładów zdrady i korupcji, wywożenia tajemnic techniki wojskowej na zachód. Zamiast odpowiedzi ci uczciwi wojskowi byli usuwani z wojska lub nie awansowani. I wtedy przypomniało mi się co mówił do Kostikoiva członek pierwszego – bo jeszcze przy Leninie – biura politycznego Rosji Radzieckiej. Że u nich, też była Komisja Kontroli, ale lepiej było do niej nie pisać, bo piszący skargę ginął bez śladu. Przypomniały mi się słowa generała Z. Berlinga jak to Lampe głosił w Z.P.P. „Na h… nam Polska i Polska Armia”. A dziś ich potomkowie, różnej maści działacze i funkcjonariusze tych ludzi uznają, że owszem Polska im potrzebna, bo w niej dorwali się do koryta i do władzy przy pomocy ogłupiałych Polaków.
gen. Berling
CDN
Albin Siwak, Opracowanie – „Patriotyczny Ruch Polski”

Zygmunt Berling (1896-1980) – polski wojskowy, polityk, generał Ludowego Wojska Polskiego oraz jeden z współtwórców 1. Armii Wojska Polskiego i Wojska Polskiego w ZSRS.

Urodził się w Limanowej 27 kwietnia 1896 roku. Jeszcze przed wybuchem wojny udało się mu zdać egzamin dojrzałości. W szkole średniej zaangażował się w działalność niepodległościową, służył w Związku Strzeleckim. W czasie I wojny światowej, śladem innych mieszkańców Galicji, trafił do armii austriackiej i wreszcie Legionów Polskich, w których walczył od września 1914 roku. Służbę legionową zainaugurował najpierw w 2., a następnie w 4. pułku piechoty legionów. W sierpniu 1915 roku, po ukończeniu szkoleń dla oficerów, uzyskał stopień chorążego. Następnie awansował w listopadzie 1916 roku i został mianowany podporucznikiem. Po kryzysie przysięgowym nie został internowany, wszedł natomiast w skład Polskiego Korpusu Posiłkowego. Po wojnie zdecydował się na pozostanie w wojsku. Swą karierę rozpoczął od stanowiska dowódcy kompanii 4. pułku piechoty. Awansował do stopnia porucznika. W krótkim czasie rozpoczął edukację na studiach prawniczych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ukończył również kurs w Centrum Wyszkolenia Piechoty w Rembertowie. Warto podkreślić, iż w okresie wojny polsko -bolszewickiej walczył w obronie Lwowa, gdzie odznaczył się bitnością i męstwem. Dowództwo doceniło jego zaangażowanie, nadając mu Srebrny Krzyż Orderu Virtuti Militari. W 1923 roku awansował do stopnia majora. Służył w 15. Dywizji Piechoty w V Dowództwie Okręgu Korpusu Kraków. W latach 1923-25 kształcił się w Wyższej Szkole Wojennej w Warszawie. Po przewrocie majowym opowiedział się po stronie Piłsudskiego, co umożliwiło mu dalszą karierę w Wojsku Polskim. W 1930 roku był już podpułkownikiem, a następnie pełnił służbę w 6. pułku piechoty oraz 4. pułku piechoty. W lipcu 1939 roku zwolniony ze służby czynnej. Przyczyną była sprawa rozwodowa. Komisja orzekająca w jego sprawie stwierdziła, iż dopuścił się zachowania niegodnego z honorem oficera. Przed wojną pracował jeszcze w Państwowym Instytucie Rozrachunkowym. Podczas kampanii wrześniowej nie był zaangażowany, siedział we własnym domu, w Wilnie. Wprawdzie upominał się o przydział, jednakże jego byli zwierzchnicy byli nieubłagani. Gdy tereny wileńskie zajęła Armia Czerwona, Berling został aresztowany przez NKWD. Więziono go w Starobielsku, a potem w Moskwie. Zdecydował się na współpracę z Sowietami, co niewątpliwie uratowało mu życie. Być może podzieliłby los swoich kolegów pomordowanych w Katyniu. Obok kilkunastu innych oficerów Berling stał się jednym z ludzi Związku Radzieckiego. Po podpisaniu układu Sikorski-Majski został szefem sztabu 5. Dywizji Piechoty, wstępując tym samym do formowanej armii gen. Władysława Andersa. Po ewakuacji Armii Polskiej do Iranu Berling nie podporządkował się dowództwu i pozostał na terenie ZSRS, za co zaocznie skazano go na śmierć za zdezerterowanie. Teraz mógł bez przeszkód rozpocząć współpracę z prokomunistycznymi organizacjami polskimi. Nawiązał kontakt ze Związkiem Patriotów Polskich. M.in. za jego sprawą rozpoczęto tworzenie Wojska Polskiego na terenie ZSRS w 1943 roku. W maju został dowódcą 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, którą następnie przekształcono w 1. Armię Wojska Polskiego. Został awansowany do stopnia generała. 1. Dywizją kierował m.in. podczas bitwy pod Lenino. Pierwsza batalia Polaków skończyła się katastrofą. Winą za niepowodzenie obarczano Berlinga, który w zły sposób szafował siłami swoich żołnierzy. W marcu 1944 roku został dowódcą 1. Armii Wojska Polskiego. Później, wraz z Armią Czerwoną wkroczył w granice Rzeczpospolitej. Gdy dowódcy radzieccy odmówili pomocy walczącym powstańcom warszawskim, Berling samowolnie zorganizował desant na Czerniakowie, za co pozbawiono go stanowiska. Akt ten był niewątpliwie patriotyczną manifestacją Berlinga, który z Pragi obserwował wykrwawianie się stolicy. Niestety, pomoc nie była wydatna, a żołnierze Berlinga po raz kolejny zostali zdziesiątkowani. To chyba przesądziło o losie niepokornego generała. 30 września 1944 roku Józef Stalin osobiście odwołał Polaka z pełnionego stanowiska. Taką przynajmniej wersję przedstawiał w swoich wspomnieniach Berling. Niewykluczone jest jednak, iż cała sprawa miała otoczkę polityczną, a generał stawał się groźnym konkurentem innych działaczy komunistycznych. Tak czy inaczej, skończyło to jego wojenną karierę wojskową. Do 1947 roku przebywał w ZSRS i kształcił się na Akademii Wojskowej Sztabu Generalnego Radzieckich Sił Zbrojnych w Moskwie. Starał się interweniować u Stalina w sprawie prześladowanych żołnierzy Armii Krajowej. Po wojnie pracował jeszcze jako komendant Akademii Sztabu Generalnego w Warszawie, gdzie powrócił w lutym 1947 roku. W 1953 roku wycofał się poza scenę polityczną i rozpoczął pracę cywilną. Pełnił szereg funkcji – w latach 1953-1956 był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Państwowych Gospodarstw Rolnych, 1956-1957 podsekretarzem stanu w Ministerstwie Rolnictwa, w latach 1957-1970 zajmował stanowisko wiceministra leśnictwa – Inspektora Generalnego Łowiectwa. Zmarł 11 lipca 1980 roku i został pochowany na Powązkach w Warszawie
W SEJMIE I W ŻYCIU
Zadzwonił telefon i miły głos kobiecy zapytał: Czy pan Albin Siwak?
– A kto pyta? – Jestem sekretarką marszałka Sejmu. Pan marszałek zaprasza pana do siebie na rozmowę. Przyślemy po pana samochód, tylko kiedy pan może do nas przyjechać? – Czyżby pan marszałek chciał dostosować swój drogocenny czas do czasu emeryta? – spytałem. – Tak to bardzo ważne dla pana marszałka i dostosuje się do pana możliwości – odparła miła pani z kancelarii.
– W takim razie jutro proszę przyjechać. Chętnie spotkam się z pani szefem – odpowiedziałem. Następnego dnia był 9 października 2004 r. Kierowca i ochroniarz stawili się punktualnie z gotową już przepustką nr 49666.
Przeprowadzono mnie przez wszystkie bramki i kontrole, aż do sekretariatu marszałka. Ten sam miły głos poprosił mnie, żebym usiadł i poczekał parę minut, gdyż pan marszałek jeszcze prowadzi obrady Sejmu, ale zaraz się one kończą i pan marszałek przyjdzie. Rzeczywiście za parę minut marszałek wszedł i z daleka wyciągnął rękę na powitanie: – Tyle lat, panie Albinie, nie widziałem pana.
– Ja również. Pan marszałek z młokosa wyrósł na poważnego człowieka i w dodatku na marszałka. – Nim usiądziemy u mnie na rozmowę to pragnę panu coś pokazać – oświadczył marszałek. Wyszliśmy na korytarz i na końcu korytarza otworzył drzwi, mówiąc: – Proszę spojrzeć, to setki ksiąg.

3 uwagi do wpisu “Albin Siwak wspomina dalej…

  1. Znam osobiście pana Siwaka, którego poznałem, na początku lat 70 tych.To bardzo elokwentny człowiek o dużej wiedzy historycznej. To, co pisze o powojennej historii w tym o Żydach, to tajemnica Poliszyneli, ale ludzie nie mogli o tym mówić, bo nie było niezależnych nośników informacyjnych.
    Bardzo dobrze, że to robi.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s