Szkodliwość społeczna organizacji wymiaru sprawiedliwości

DSC02190

„Nie jesteś jednak tak bezwolny, a choćbyś był jak kamień polny, lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach” – Czesław Miłosz

 

sejm
Sędzia sądu powszechnego, to obecnie w Polsce chyba jedyny zawód o stabilnej pozycji finansowej. Wystarczy, że jako student prawa „wykuł” na pamięć trochę kodeksów i ustaw (dziś już nieaktualnych), poszukał silnych koneksji, „zamknął dziób, przestał samodzielnie myśleć” i już jako sędzia sądu powszechnego może pławić się do końca życia w rozlicznych przywilejach: a to immunitet pozwalający kraść bezkarnie w hipermarkecie (jak to zrobiła sędzia w Szczecinie), a to gwarancja posady do późnej starości, a to dodatkowe coroczne urlopy, a to wysoka pensja od której nie płaci się składek na ZUS, w praktyce jedynie czterogodzinny dzień „pracy”, liczna sieć ośrodków wczasowych, funduszy socjalnych i nagród finansowych. Żyć nie umierać. Prawdziwa elita przywilejów, a gdzie zasługi? Za tę najwyższą kastę urzędasów, wciąż płacimy wszyscy solidarnie, oprócz tych mądrzejszych, co podatków nie płacą na takie(!) państwo. Ciekawe dlaczego aktorów podobne przywileje nie spotykają; oni prawie co tydzień muszą „zakuwać” liczne strofy scenopisów, myśleć też nie muszą za dużo. Wystarczy, że odegrają swoją rolę, wg wymagań decydentów, reżysera.

 Na szpitale i godne pensje dla lekarzy oraz pielęgniarek w budżecie odpowiednich finansów nie ma, dla Policji rząd pieniędzy nie chce znaleźć, dla innych zawodów wielce społecznie użytecznych pieniędzy nie ma, ale dla kastowej struktury sędziów antypolski rząd pieniądze zawsze znajdzie. Czy to nie jest istne kumoterstwo władz (sądowniczej, wykonawczej i ustawodawczej)?  Czym jaśniepaństwo sędziowie narodowi się rewanżują, ten wie kto miał choć raz kontakt z sądem. Indolencja, ignorancja, arogancja, pretensjonalizm, nepotyzm i nihilizm, to mają ci prawnicy do zaoferowania w zamian – a my jeszcze im za to płacimy. Czy nie mamy tu do czynienia ze społecznym pasożytnictwem?

Autor zdaje sobie sprawę, iż słowa powyższe nie dotyczą wszystkich sędziów, jednakże skoro istnieje korporacyjne przyzwolenie na społeczne pasożytnictwo sędziów, a istnieje, to tworzenie socjopatologii wymiaru sprawiedliwości obciąża całą formację.

Nasilająca się w ostatnich latach w Polsce przestępczość zarówno wśród dorosłych, jak i nieletnich, w dodatku przybierająca coraz bardziej złożone formy oraz nikłe rezultaty resocjalizacji w zakładach zamkniętych sprawiła, że zaczęto „poszukiwać” nowych systemowych rozwiązań prawnych zwiększenia efektywności działania wymiaru sprawiedliwości. W poczuciu opinii społecznej niewątpliwie wymiar sprawiedliwości tkwi w ostrym kryzysie, niewydolności struktur, zadziwiających wyroków ferowanych przez sędziów. Rzeczywistość społeczna w okresie transformacji ustrojowej w Polsce nasycona jest brutalnymi aktami agresji w miejscach uznanych dotąd za bezpieczne. Już nie tylko wyjście z domu na ulicę budzi dziś lęk, ale i miejsce pracy (z takimi formami agresji jak mobbing czy plotka, które dotąd oficjalnie nie istniały w Polsce, a mobbing nadal nie może znaleźć się w kodeksie karnym, choć trafił niedawno po wielkich bojach do kodeksu pracy i to za sprawą ustawodawstwa Unii Europejskiej). Szkoła również zalana jest agresją. Przypadek toruńskiego nauczyciela pobitego przez uczniów w sali podczas lekcji, nagłośniony przez mass media we wrześniu 2003 r., ukazuje powagę problemu (to jednak tylko wierzchołek tej góry … asocjalności).

W Ministerstwie Sprawiedliwości, zdominowanym obecnością sędziów, postanowiono rzekomo docenić rolę kuratora sądowego działającego w otwartym systemie resocjalizacji, którego głównym odtąd zadaniem miało być przeciwdziałanie przestępczości. W efekcie uchwalono ustawę o kuratorach sądowych z dnia 27 lipca 2001 (weszła w życie z dniem 1 stycznia 2002r.). Fakt ten, naczelnik wydziału do spraw kurateli rodzinnej w Ministerstwie Sprawiedliwości a zarazem sędzia sądu rodzinnego, dr Krystyna Gromek uznała za „prawdziwy sukces społeczny zarówno w mikro-, jak i makroskali”. Czy aby na pewno można mówić dzisiaj o sukcesie? Niebawem upłynie dwa lata od wejścia w życie, rzekomo rewolucyjnej ustawy. Czy widać dzisiaj jakieś jej pozytywne efekty? Wydaje się, że dopóki wykształcenie prawnicze będzie uprzywilejowane w polskim życiu społecznym, kosztem ciągłego upośledzania przez decydentów wykształcenia socjologicznego, dopóty na poprawę jakości życia społecznego trudno będzie się doczekać.

Socjologia jest nauką o społeczeństwie, jego strukturze i prawach rozwoju, o formach i przejawach życia oraz współżycia grup społecznych, wzajemnych relacjach między ludźmi. Jednakże jest ona w gruncie rzeczy krytycznym ujęciem życia społecznego, podważa obiegowe opinie o funkcjonowaniu różnych zjawisk, dlatego irytuje wielu ludzi, szczególnie tzw. ludzi władzy.

Czy można żyć bez socjologii, pewnie można, ale czy warto!? Jeżeli chce się zachować człowieczeństwo, nie warto! Socjologia próbuje nam wskazać, co jest lepsze; co powinniśmy wybrać, a co odrzucić, jak zorganizować życie społeczne, aby było ono możliwie sprzyjające rozwojowi wszystkich ludzi, czyli „pro publico bono” (dla dobra publicznego).

Dzisiaj krajem rządzi się jedynie z dwóch perspektyw, prawniczej i ekonomicznej, czy to jednak nie za wąskie spojrzenie na, tak szerokie i bogate w zawiłości, życie społeczne. Obecnie wyraźnie widać, iż prawnicy ustawili sobie podium, obwarowali się w korporacjach zawodowych i zaciekle walczą o utrzymanie przywilejów (niekorzystnych, a wręcz szkodliwych społecznie, a na pewno rażąco łamiących zasadę pro publico bono). Tej grupie odpowiada status quo i dzierżenie złotego worka przywilejów, intratnego biznesu, kosztem przeciętnego Kowalskiego, którego pozbawiono ochrony przez prawo i dostępu do prawa.

A rzeczywistość zatrważa. Organizowanie przez prawników życia społecznego, wymiaru sprawiedliwości, wielce społeczeństwu szkodzi. Przestępczość, zwłaszcza młodzieży staje się w Polsce zjawiskiem masowym. Przykładowo Zakład Karny w Pińczowie jest przepełniony. Przewidziano tam 515 miejsc, a więźniów jest 600. Dwustu z nich to młodzi ludzie przed 24. rokiem życia, dwustu kolejnych młodych ludzi jest w przedziale wieku 24-30 lat . Obszar psychopatii bardzo się rozszerza, można już mówić o fali psychopatii, która zalewa kraj. Asocjalność i wykolejenie społeczne jest procesem i ma swoistą etapowość, a oparte jest na dwóch fundamentach: na braku kontaktu (izolacja) i złym kontakcie z dorosłym. Po pierwsze, gdy dziecko nie ma się, z kim identyfikować (tzn. albo nikt się tym dzieckiem nie interesuje, albo też przez otoczenie traktowane bywa z wrogością i niechęcią, co wyzwala w dziecku również podobne reakcje) oraz po drugie, kiedy osoby z którymi dziecko się identyfikuje, stanowią nieodpowiednie wzorce dla ukształtowania „superego” (sumienia), gdy są to jednostki bez odpowiednich zasad moralnych, nie umiejące panować nad własnymi impulsami itp. Literatura poświęcona wykolejaniu się dzieci i młodzieży wskazywała bardzo często, że ten typ przyczyn wykolejania się, a także tworzenia się postawy antyspołecznej jest najczęstszy. Ponadto Z. Freud stwierdził, że dziecko jest ojcem człowieka dorosłego.
Takie będzie polskie społeczeństwo, w jakich warunkach wychowawczych dzisiaj dorastają jego dzieci.

Niestety elity władzy, a co gorzej przedstawiciele władzy sądowniczej, nie mają tej bolesnej świadomości, albo wiedzę tę lekceważą. Jednakże najwyższy już czas, aby elity przywilejów zaczęły pokrywać się z elitami zasług, jak stwierdził prof. Piotr Sztompka w wywiadzie radiowym, aczkolwiek elity te, w naszym kraju wciąż się nie pokrywają. A to właśnie elity przywilejów organizują dzisiaj, m.in. otwarty system resocjalizacji, czyli tak krytykowaną przez media pracę kuratorów. Dlatego dyskusja publiczna o organizacji pracy kuratora jest tak ważna, wykonuje on zawód zaufania publicznego, więc społeczeństwo, aby zaufać, oczekuje od kuratora wysokich kwalifikacji, wykształcenia społecznego, a zatem i dużej wiedzy społecznej, używanej w myśl zasady „pro publico bono”. Niezrozumiała jest, więc obecna podległość służbowa i decyzyjna sędziom sądów powszechnych, których ograniczona i nikła wiedza społeczna, a zatem świadomość, mentalność i wyobraźnia negatywnych skutków społecznych swoich decyzji, wynikająca z prawniczego wykształcenia nigdy nie dorównają w tym względzie wiedzy, np. socjologów czy psychologów społecznych.
Prof. Zofia Ostrihanska stwierdza, że kurator sądowy odgrywa bardzo ważną rolę w całym systemie zapobiegania przestępczości. Ale czy może być skuteczny, jeśli kolejne przepisy prawne i narzucone przez prawników warunki pracy, wciąż wiążą kuratorom ręce.

Warto zwrócić uwagę na rozwiązanie francuskie, polegające na istnieniu wyodrębnionej z sądownictwa (czyt.: nie z Ministerstwa Sprawiedliwości, ale wyzwolonej jedynie spod władzy dyrektora Departamentu ds. Sądów Powszechnych – co jest źródłem socjopatologii w funkcjonowaniu systemu probacji w Polsce) instytucji Protection Judiciaire de la Jeunesse, obejmującej swoją działalnością szereg różnych zadań: zarówno nadzory nad nieletnimi, jak i przeprowadzanie badań psychologicznych służących diagnostyce i poradnictwu, opiekę całkowitą nad nieletnimi w małych placówkach, pomoc psychologiczną, przygotowanie nieletnich do zawodu i samodzielnego utrzymania się. Takie skupienie w ramach jednej instytucji różnych zadań służących jednemu celowi bardzo wspomaga sprawowanie nadzorów.

Próby przekształcenia modelu kurateli sądowej zostały w Polsce podjęte przez samych kuratorów zawodowych w 1980r. Na pierwszej konferencji kuratorów zawodowych zaprezentowano pożądane kierunki zmian, które jednak do dziś nie straciły na swej aktualności. Koncepcja ta zakładała m.in. przejście od kurateli będącej pomocniczym organem sądu do kurateli będącej merytorycznym i autonomicznym pionem wymiaru sprawiedliwości oraz na nadanie kurateli sądowej charakteru wychowawczego, terapeutycznego i opiekuńczego . Jednakże postulaty te nie mogą przebić się przez ostry sprzeciw silnego lobby sędziowskiego. Badania przeprowadzone w dwóch sądach rejonowych w dużych miastach w latach 1990-1993 wskazywały na wysoki poziom niezadowolenia i frustracji kuratorów (E. Zasłonowska, 1994, P. Stępniak 1988) . Podnieść należy, że podopieczni kuratorów sądowych z reguły są zdemoralizowani w wysokim stopniu i bardzo późno pod kuratelę trafiają, toteż reforma systemu kurateli wiąże się z potrzebą wprowadzenia korekt merytorycznych w pracy kuratorów. Sam kurator powinien stać się wyspecjalizowanym organem władzy publicznej. Bardzo dużym problemem w zawodzie zaufania publicznego, jakim jest kurator sądowy, na którym ciążą wielkie oczekiwania społeczne, jest biurokracja w instytucji, w której pracuje. Jest oczywiste, że im więcej w pracy kuratora biurokracji tym mniej jest resocjalizacji. Szczególną uwagę należy położyć na negatywne przejawy biurokracji, czyli na biuropatologię. Od czasów znakomitego socjologa niemieckiego Maxa Webera, który proponował biurokrację jako model idealny instytucji w życiu społecznym, wydaję się, iż do dzisiaj przetrwała jedynie biuropatologia.

Nadając kurateli status organu władzy, wyzwalając ją tym samym spod zwierzchnictwa sędziów i dyktatu prawniczej wąskiej mentalności, a często wręcz ignorancji, przełamując dalej błędne koło biuropatologii, można zacząć mówić o właściwej pracy wykwalifikowanych społecznie kuratorów, zaczynając od postawienia właściwej diagnozy resocjalizacyjnej i jej wykorzystaniu w projektowaniu procesu wychowawczego. Wychowanie resocjalizacyjne wymaga specyficznej diagnozy i należy ją rozpatrywać wielowarstwowo, jeśli chodzi o zakres. Diagnoza resocjalizacyjna jest rozpoznaniem symptomów, ewolucji i mechanizmów regulujących nieprzystosowanie dzieci i młodzieży, sporządzonym wystarczająco trafnymi i rzetelnymi metodami, pozwalającymi jednocześnie określić rodzaj i kierunek wpływów otoczenia na przebieg i skutki resocjalizacji osób diagnozowanych, w celu ich pedagogicznej oceny i zaprojektowania optymalnego programu resocjalizacji oraz wdrożenia go z punktu widzenia przyjętej aksjologii pedagogicznej, teorii resocjalizacji oraz stwierdzenia stanów faktycznych.

Środowisko zawodowe kuratorów czuje się niezrozumiane i przyjęło postawę „cierpiących w milczeniu”, szczególnie w obliczu krytycznych artykułów prasowych oraz relacji i programów telewizyjnych odnośnie pracy kuratorów. Wielce prawdopodobne jest, iż ową nagonkę preparują niektórzy sędziowie (może ktoś z Krajowej Rady Sądowniczej) zawistni o ostatnie podwyżki płac kuratorskich. Stawkom kuratorskim daleko do sędziowskich uposażeń, ale chyba są sędziowie, którzy nie ustają, upośledzają na różne sposoby, tę kuratorską, podległą im służbowo, grupę zawodową. A wszystko to społecznym kosztem, hańbiąc swoje rzekome powołanie, i nikłe już dzisiaj, zaufanie publiczne.

 


Temu zagadnieniu towarzyszył przygotowany przeze mnie projekt zmian do Ustawy o Kuratorach Sądowych z dn. 27 lipca 2001 r., który złożyłem w 2003 r. w kieleckich biurach posłów: LPR (Liga Polskich Rodzin) oraz PiS (Prawo i Sprawiedliwość) – śp. poseł Gosiewski. Jak też mój projekt doktorski z 2003 roku (zobacz: projekt doktorski caly)  odrzucony w tymże samym roku przez profesorski międzywydziałowy kolektyw/komisję studiów doktoranckich (historyków i itp.) Uniwersytetu Warszawskiego:

„Socjopatologia organizacji otwartego systemu resocjalizacji na przykładzie działalności Sądu Rejonowego w Kielcach”

Wszyscy profesorowie w Polsce do teraz boją się „ruszyć” temat tegoż doktoratu. Sądy w Polsce nadal bastionem post-stalinowskich i ubeckich relacji sitwy politycznej dzierżącej aktualnie władzę.

 

Świadek epoki, wydawca i dziennikarz p. Leszek Bubel, relacjonuje poniżej swoje doświadczenia w warszawskich sądach powszechnych: 

Krajowa Rada Sądownictwa – szczyty demoralizacji zawodowej:

7 uwag do wpisu “Szkodliwość społeczna organizacji wymiaru sprawiedliwości

    • PAP, PG/06:46Specjaliści: na ulicach zaczną się wojny gangów”Dziennik Gazeta Prawna”: Polskę zalewa fala przestępstw popełnianych przez nieletnich – alarmuje policja. Specjaliści przewidują, że już wkrótce na polskich ulicach zaczną się wojny młodocianych gangów. Gazeta dotarła do niepublikowanych dotąd danych Komendy Głównej Policji. Wynika z nich, że tylko do 20 kwietnia 2010 roku nieletni popełnili już ponad 40 tys. przestępstw. To połowa przestępstw z całego ubiegłego roku; domeną młodocianych są rozboje i gwałty.O tym pisze dziś „Dziennik Gazeta Prawna”. 07.06.2010 http://wiadomosci.onet.pl/2180740,11,specjalisci_na_ulicach_zaczna_sie_wojny_gangow,item.html

      Polubienie

  1. Patologia wśród sędziów, podsłuchy CBŚ Prokuratura zignorowała informacje CBŚ o patologii w wymiarze sprawiedliwości. Zamieszani w nieprawidłowości sędziowie i prokuratorzy nie ponieśli żadnych konsekwencji. Siedem lat temu w tajnej do niedawna analizie policjanci CBŚ z Olsztyna opisywali towarzyski układ stworzony przez prezesa spółdzielni mieszkaniowej Pojezierze w Olsztynie. Chodziło o proceder fałszowania wyborów do władz jednej z największych w Polsce spółdzielni mieszkaniowych i sprzedaż mieszkań po cenach niższych od rynkowej sędziom prokuratorom i urzędnikom. Do pisma CBŚ dotarli dziennikarze programu Uwaga! TVN. O wstrząsającej patologii w 2005 roku mówił Kazimierz Olejnik, ówczesny zastępca Prokuratora Generalnego. Wstrząsające były też rozmowy przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości zaprzyjaźnionych z prezesem spółdzielni mieszkaniowej. CBŚ pisał o utrudnianiu śledztwa i działaniach prowadzących do niszczenia dowodów.Tymczasem cała sprawa została wyciszona. Prokuratura Okręgowa w Elblągu, do której trafiły nagrania z podsłuchanych rozmów sędziów i prokuratorów nie rozpoczęła nawet śledztwa, aby sprawdzić sygnały CBŚ. Problemu nie widzieli również przełożeni prokuratorów z prokuratur apelacyjnej i krajowej.Policjanci sugerowali, że olsztyński prokurator Piotr J. może przekazywać informacje ze śledztw prowadzonych w sprawie nieprawidłowości w spółdzielni mieszkaniowej Pojezierze. Prokurator, jak wynika ze stenogramów podsłuchów telefonu prezesa Pojezierza, był w przyjacielskich stosunkach z podejrzewanym o popełnienie szeregu przestępstw Zenonem P. Proponował mu „robocze spotkania” w celu omówienia spraw spółdzielni, informował o „kontrolowaniu” sytuacji, a także o „monitorowaniu Łomży” – w czasie, kiedy nagrano rozmowy prokuratora śledztwo w sprawie spółdzielni mieszkaniowej prowadziła Prokuratura Okręgowa w Łomży.– Kontekst wypowiedzi pozwala na przyjęcie tezy o możliwym zdobywaniu informacji z toczącego się postępowania – twierdzi informator dziennikarzy programu Uwaga!Prokuratura ignorując dowody nie wszczęła nawet postępowania dyscyplinarnego przeciwko prokuratorowi Piotrowi J. Co więcej, w 2006 roku przekazano mu prestiżowe śledztwo w sprawie porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika. Dzisiaj osoba i działania prokuratora są obiektem zainteresowania sejmowej komisji śledczej wyjaśniającej błędy popełnione przez śledczych podczas wyjaśniania sprawy.Z kolei spośród sędziów Sądu Okręgowego w Olsztynie, którzy zdaniem CBŚ mieli nieformalnie pomagać prezesowi spółdzielni w załatwianiu jego spraw konsekwencje poniosła tylko jedna osoba. Była nią sędzia sądu gospodarczego, która przyznała się do winy. Sędzia Sądu Okręgowego w Olsztynie odszedł z zawodu i założył dobrze prosperującą kancelarię radcowską. Jego zaprzeczająca zarzutom żona została uniewinniona przez sędziowski sąd dyscyplinarny. Sędziowie Sądu Najwyższego odrzucili wszelkie dowody z podsłuchów nie biorąc pod uwagę ich treści. Sędzia obecnie zajmuje stanowisko przewodniczącej wydziału karnego, do którego trafi akt oskarżenia przeciwko prezesowi i władzom spółdzielni mieszkaniowej Pojezierze.O czym rozmawiali prezes i prokurator. Kto i dlaczego podjął decyzję o zignorowaniu dowodów CBŚ? Czy dziennikarze z Olsztyna również współpracowali z Zenonem P.? O tym dzisiaj w Uwadze! o 19.50 w TVN.Autor: PG Źródła: Uwaga TVN

    Polubienie

  2. Leszek Romanowski w wydaniu 17/2009.Ślepa sprawiedliwośćSądy są niezawisłe, adwokaci niezależni, prokuratorzy staranni… i prawie wszyscy się znająLeszek Romanowski44% Polaków źle ocenia wymiar sprawiedliwości. Połowa z nas widzi w sądach i prokuraturze korupcję. Główne wady systemu to zawiłe procedury, brak kadr i biurokracja. Ponad 70% ankietowanych uważa, że wyroki, które zapadają w Polsce, są niesprawiedliwe.Takie były wyniki sondażu przeprowadzonego w lutym na próbie 1,5 tys. osób przez konsorcjum IBC Group & Homo Homini – w ramach projektu pod nazwą „Ułatwianie dostępu do wymiaru sprawiedliwości”. Być może wpływ na nie miał mocno nagłaśniany w pierwszych dniach lutego przypadek zwolnienia przez Sąd Rejonowy w Kościanie, przed uprawomocnieniem się wyroku, skazanego na trzy lata więzienia za gwałt na byłej żonie 32-letniego Jana Sz., który po wyjściu na wolność zamordował byłą szwagierkę i jej konkubenta. Kobieta zeznawała przeciw niemu. Sprawca ścigany przez policję popełnił samobójstwo.Trzy tygodnie później, 22 lutego br., lubelski sąd zwolnił z aresztu 32-letniego Marka W. z Chodla, który trafił na trzy miesiące za kraty za znęcanie się nad rodziną. Marek W. odwołał się i opuścił areszt, a po trzech dniach pijany zamordował swoją żonę. Był to drugi w ciągu kilku tygodni tego rodzaju wypadek w Polsce.Pewnie ta tragedia rozeszłaby się po kościach, gdyby nie wypowiedzi przed kamerami przewodniczącej wydziału odwoławczego Sądu Okręgowego w Lublinie, sędzi Anny Samulak. Zabrała ona głos w zastępstwie cenionej przez dziennikarzy rzecznik prasowej sądu, sędzi Barbary du Château, która przebywała w tym czasie na urlopie.To, co mówiła do mikrofonu sędzia Samulak, da się zamknąć w stwierdzeniu: „Niezawisły Sąd orzekł, jak orzekł, bo miał do tego prawo. Takie przypadki się zdarzają”. Sędzia zapomniała, że najgłębsze nawet uwagi wypowiedziane nieznoszącym sprzeciwu tonem odbierane są przez widzów jako arogancja. Postawa sędzi Samulak została drobiazgowo opisana przez tabloidy, które nie zostawiły na niej suchej nitki.Prowincjonalna sprawiedliwośćO tym, że w wymiarze sprawiedliwości nie dzieje się najlepiej, wiadomo od lat. Z Warszawy nie zawsze dobrze widać, lecz lokalne media pełne są bulwersujących przykładów. Choćby wspomniany Lublin…Jednym z najgłośniejszych i najlepiej opisanych przypadków jest słynna sprawa zabójstwa dwójki maturzystów w Chełmie. W nocy z 31 maja na1 czerwca 2000 r. od pocisku wystrzelonego z broni myśliwskiej w tamtejszym barze Miś zginęło dwóch młodych ludzi – Adam K. i Artur T. Chłopcy znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Zabójca miał inny cel i motyw – chodziło o porachunki gangsterskie w lokalnym półświatku.Tragedia maturzystów trafiła na pierwsze strony gazet. Lubelska prokuratura okręgowa wspólnie z komendą wojewódzką policji powołały specjalny zespół dochodzeniowy, który miał schwytać sprawcę i jego mocodawców. Akt oskarżenia usłyszało „czterech bandytów” – jak pisała prasa. Groziło im dożywocie. I co? I nic…W 2005 r. sąd apelacyjny uchylił wyrok wydany w lubelskim sądzie okręgowym, wytykając „liczne uchybienia”, z których najpoważniejszym było niezapoznanie się z aktami sprawy przez jednego z sędziów i ławników! Sprawa zabójstwa maturzystów w Chełmie toczy się do dziś przed surowym obliczem Temidy i końca jej nie widać.Krążące po mieście plotki głoszą, że została „skręcona”. Tuż po zabójstwie maturzystów policyjny pies tropiący zaprowadził funkcjonariuszy do hotelu Kamena w Chełmie, do właściciela znanej w mieście agencji towarzyskiej. Nie został on zatrzymany w areszcie, a jedynie przesłuchany w charakterze świadka. Po czym ślad po nim zaginął. Policja chełmska i prokuratura jakoby bały się zatrzymać go ze względu na rozległą wiedzę o związkach funkcjonariuszy z lokalnym półświatkiem.Inny, równie głośny przypadek, to sprawa komendanta Władysława Szczeklika. „Największa kompromitacja prokuratury”, jak powiadają o niej w Lublinie. Szczeklik trafił do aresztu w grudniu 2001 r., gdy dwóch pracowników lombardu zeznało, że wziął jako łapówkę sprzęt RTV i biżuterię warte9 tys. zł. W zamian miał informować właściciela o prowadzonych wobec niego działaniach policji. Oskarżenie przekreśliło jego karierę. Szczeklik w chwili aresztowania był typowany do objęcia funkcji komendanta wojewódzkiego lubelskiej policji.W czerwcu 2008 r. sąd okręgowy w osobie sędziego Artura Makucha podkreślił w sentencji, iż śledczy dopuścili się w tej sprawie „rażących błędów” popełnionych w postępowaniu przygotowawczym. Wspomniał o lekceważeniu dowodów i pomijaniu wszystkiego, co przemawiało na korzyść policjanta. W ocenie obserwatorów uzasadnienie wyroku stanowiło de facto akt oskarżenia przeciw prokuraturze.Postępowanie w tej sprawie prowadziło dwóch prokuratorów: Maciej Florkiewicz i Cezary Pakuła. Obaj od czasu skierowania do sądu aktu oskarżenia awansowali. Florkiewicz pracował w Biurze Postępowania Przygotowawczego Prokuratury Krajowej, obecnie pracuje w Prokuraturze Apelacyjnej w Lublinie, a Pakuła został szefem wydziału śledczego lubelskiej prokuratury okręgowej.W listopadzie 2008 r. rzecznik prasowy prokuratora generalnego Katarzyna Szeska, komentując sprawę dla „Dziennika Wschodniego”, powiedziała: – Analiza akt wykazała szereg nieprawidłowości w prowadzeniu postępowania przygotowawczego. Ale mimo stwierdzonych uchybień nie można jednoznacznie zakwestionować słuszności skierowania aktu oskarżenia przeciwko Władysławowi Szczeklikowi.Zdumiewające oświadczenie, zważywszy, iż w trakcie przewodu sądowego wyszło na jaw kilka bulwersujących faktów. Np. że Robert P., który pomówił Szczeklika, był prowadzony agenturalnie przez dwóch funkcjonariuszy lubelskiego CBŚ – Witolda K. i Marcina L.Marcin L. po odejściu ze służby zajął się tym, na czym – zdaniem prokuratury – znał się najlepiej, czyli zorganizowaną przestępczością. W grudniu 2006 r. został aresztowany pod zarzutem kierowania grupą przestępczą. Lecz wcześniej spędził trzy lata w areszcie pod zarzutem współpracy z największym gangiem złodziei samochodów w Lublinie. Jednym z koronnych dowodów w tej sprawie jest kaseta wideo, na której ten policjant CBŚ opowiada o „wspólnych” dokonaniach z osobami z półświatka. W tym przypadku oprócz Marcina L. na ławie oskarżonych zasiadła prawie cała sekcja komendy miejskiej w Lublinie zajmująca się zwalczaniem złodziei samochodów. Nie jest tajemnicą, że Marcin L. po odejściu z policji utrzymał kontakty towarzyskie z kolegami z Centralnego Biura Śledczego.A co ze Szczeklikiem? Ostatnio pracował na stanowisku radcy komendy wojewódzkiej policji w Lublinie ds. współpracy z samorządem terytorialnym. Zdaniem moich rozmówców „spuszczono go do kanału”. Otrzymał odszkodowanie, zachował pensję, i tyle. Podobnych przykładów uzbierało się w Lublinie więcej.Jak kręci się światekOczywiście nie jest tak, że każdy prokurator czy sędzia to skorumpowany do cna łobuz. Nie jest też tak, że każdy policjant bierze. Jedna czarna owca może popsuć opinię dziesięciu uczciwych, ciężko pracujących ludzi. Ale co robić, jeśli z owiec uzbiera się stado?W połowie lutego br. po pościgu w centrum Lublina policja zatrzymała dwóch mieszkańców Zamościa – Tomasza L. i Michała J. W ich samochodzie znaleziono kokainę, marihuanę i amfetaminę o łącznej wartości ok. 40 tys. zł. Jakież było zdumienie stróżów prawa, gdy odkryli, że To-masz L. kilka godzin przed zatrzymaniem opuścił salę sądową po usłyszeniu wyroku skazującego na rok w zawieszeniu na trzy lata za handel narkotykami! Tajemnicą sukcesu dilera był dobry adwokat i niezawisły sąd.Wiedzą o tym dobrze bracia M., którzy w latach 90., zdaniem lubelskiej prokuratury, na masową skalę handlowali kradzionymi luksusowymi autami. Na jednej z należących do nich posesji policjanci znaleźli kilka najdroższych mercedesów. Akt oskarżenia trafił do sądu okręgowego. Braci bronił jeden z najlepszych lubelskich adwokatów. Zostali więc uniewinnieni. Sąd apelacyjny uchylił ten wyrok z powodu licznych uchybień. Sędzia, który go wydał, trafił do innego wydziału.W 2002 r. sporo zamieszania wywołała w Lublinie publikacja „Życia Warszawy” opisująca, jak to sędzia sądu okręgowego Krzysztof Ogrodnik przed rozpoczęciem procesu zaproponował jednej ze stron werdykt. Stroną tą był biegły sądowy Krzysztof Wróblewski, w latach 80. działacz opozycji, który domagał się odszkodowania za niesłuszne aresztowanie.- Po co mamy szarpać się miesiącami. Załatwmy to szybko i bez hałasu. Mogę dać 20 tys. zł i ani grosza więcej – powiedzieć miał sędzia.Nie muszę wyjaśniać, że takie praktyki są w polskich sądach niedopuszczalne.Czy da się dowieść, że w Lublinie na styku sądu, prokuratury i palestry dochodziło do zdarzeń nagannych? Nie! Istota systemu polega na tym, że sądy są niezawisłe, adwokaci niezależni, prokuratorzy staranni… i prawie wszyscy się znają. System chroni tajemnica. Łatwiej jest przecież służyć sprawiedliwości, gdy nikt nie zagląda przez ramię.Ale co tam narkotykowi dilerzy, lekarze łapownicy schwytani na gorącym uczynku czy sprawcy groźnych wypadków opuszczający areszt po uiszczeniu niezbyt wysokiego poręczenia majątkowego. To się zdarza, choć niezbyt często.Każdy ekonomista wie, że prawdziwe pieniądze zarabia się na produkcji tanich towarów masowych. W lubelskim wymiarze sprawiedliwości ta zasada dotyczy rozwodów.Specjalizuje się w tym pewien mecenas – nazwijmy go „D”. Postać znana z tego, że za odpowiednio wysoką (a nawet bardzo wysoką) opłatą rozwiedzie każdego. Lepiej nie mieć go za przeciwnika procesowego. O wybitnych talentach tego przedstawiciela palestry krążą po mieście legendy.Sposoby są proste: np. sugestia, że przeciwnik procesowy zdradza skłonności pedofilskie albo że regularnie uprawia przemoc domową, na co dowodem są notatki interweniujących policjantów. W przypadku kobiet można posłużyć się argumentem o lekkim prowadzeniu się, znęcaniu się nad dziećmi itp. I cokolwiek by robił adwokat strony przeciwnej, mecenas „D” zawsze wygrywa!Genialność wspomnianej metody tkwi w tym, że sprawy rozwodowe toczą się zawsze z wyłączeniem jawności. Żaden sąd nie zgodzi się, by na sali rozpraw znaleźli się niezależni obserwatorzy lub dziennikarze. Nie zezwoli na zapoznanie się z aktami spraw. Wolno się skarżyć i apelować od wyroku, lecz nic to nie da.W skrajnych przypadkach, gdy strona stawia zbyt silny opór lub brakuje dowodów, może okazać się, że policja zostanie wezwana do interwencji, w trakcie której przyjdzie, niestety, wpierw użyć środków przymusu bezpośredniego, a następnie osadzić awanturnika w areszcie.Odrębna kategoria to przypadki korupcji wśród lekarzy. Ostatnio w Lublinie głośno jest o sprawie lekarza Dariusza S., urologa, który w kwietniu 2005 r. dał się sfilmować minikamerą stacji telewizyjnej Polsat, jak przyjmował drobną korzyść od jednego z pacjentów – Henryka W. Przy zatrzymaniu policjanci znaleźli przy nim 6,7 tys. zł.Prokuratura przedstawiła mu zarzut przyjęcia łapówki. Dariusz S. na krótko trafił do aresztu, z którego wyszedł za poręczeniem majątkowym. W trakcie postępowania śledczy dotarli do blisko 300 osób, które leczyły się w jego prywatnym gabinecie i na szpitalnym oddziale. Sześcioro z nich potwierdziło, iż w latach 1999-2005 wręczyło mu pieniądze. Ich wartość oszacowano na co najmniej tysiąc złotych w gotówce i alkoholach. Dariuszowi S. groziła wysoka kara. Potem w śledztwie nastąpił niespodziewany zwrot.W sprawę zamieszany miał być znany lubelski adwokat Mirosław K., który namówić miał Henryka W. do wręczenia lekarzowi korzyści materialnej. Czyli prowokacji. Problem w tym, że ów pacjent od czterech lat twierdzi, że mecenasa nie zna, pieniądze zaś otrzymał od dziennikarzy Polsatu rejestrujących zdarzenie ukrytą kamerą!Co ciekawe w aktach sprawy jest wydruk z bankomatu mieszczącego się w szpitalu w Lublinie kwoty pobranej przez jednego z reporterów tuż przed zdarzeniem. Poza tym nie jest tajemnicą, że adwokat skonfliktowany jest od lat z policją i obrońcą Dariusza S., byłym prokuratorem.W lipcu 2008 r. sędzia Grzegorz Dyrka skazał urologa na dziewięć miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata, podnosząc w sentencji, iż osobą, która kierowała poczynaniami Henryka W., był adwokat. Interesujący wniosek, skoro w tym czasie proces mecenasa nawet się nie rozpoczął. Sprawa ta toczy się dziś przed sądem w Zamościu i sama w sobie zasługuje na szczególną uwagę ze względu na towarzyszące jej okoliczności.Na początku kwietnia br. sędzia Sądu Okręgowego w Lublinie Piotr Morelowski uznał w trakcie rozprawy apelacyjnej doktora S., że przyjęcie przez niego kilku butelek alkoholu i pieniędzy nie jest łapówką, bo to „utrwalony od lat zwyczaj”. Czyn zarejestrowany kamerą Polsatu został skierowany do ponownego rozpoznania z wytycznymi, czy prowokacja nie zwalnia lekarza z odpowiedzialności.Prokuraturze, która dotychczas nie zgadzała się z taką oceną, przyszło pokornie przyznać, iż w polskim prawie karnym nie ma precedensów, więc jeśli w przeszłości jakiegoś lekarza skazano za to samo, nie znaczy, iż tak będzie zawsze. Przypadek ten z pewnością będzie miał ciąg dalszy.16 kwietnia br. przed Sądem Okręgowym w Lublinie ruszył proces Krzysztofa P. oskarżonego o zamordowanie latem 2007 r. Pawła Marzędy z Lubartowa. Przed budynkiem pikietowała rodzina ofiary, domagając się sprawiedliwości. Lokalny „Dziennik Wschodni” napisał, że prokuratura postawiła Krzysztofowi P. zarzut udziału w morderstwie, ale pod koniec ubiegłego roku wyszedł on na wolność. Powód? Zdaniem gazety – brak obciążających dowodów. A raczej ich słabość.Wolno zadumać się nad opisanymi historiami. To i tak wierzchołek góry lodowej. Obrońcy wymiaru sprawiedliwości tłumaczą, że „tak jest wszędzie”, a poza tym „sądy są niezawisłe”. Czy zatem wolno się dziwić, że ponad 70% ankietowanych w lutym Polaków uznało, że wyroki, które zapadają w Polsce, są niesprawiedliwe?

    Polubienie

  3. Pingback: Mój bio-historyzm… | Biologiczno-Historyczna Socjologia Krytyczna

  4. Pingback: Patentowa „dolina śmierci” | Biologiczno-Historyczna Socjologia Krytyczna

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s